Imperator Groteskowiec: Jakim typem osoby byłeś w liceum? Bliżej było Ci do skrytego w sobie nerda, czy nie raz brylowałeś na parkiecie?
Pan Rysownik: Oj, zdecydowanie byłem typowym nerdem. Ogrywałem mocno papierowe gry RPG, całe dnie spędzałem na czytaniu książek i komiksów oraz ewentualnym rysowaniu. Można powiedzieć, że brylowanie na parkiecie było ostatnim co siedziało mi w głowie. <śmiech>
IG: Kiedy zaczynałeś swoją przygodę z rysunkiem? Czy opanowanie go na bardzo wysokim poziomie ułatwiały Ci wrodzone predyspozycje, czy w Twoim przypadku była to kwestia długiego i żmudnego ćwiczenia?
PG: Wiesz, z rysowaniem zaczyna każdy w młodym wieku. Po prostu część gubi to zainteresowanie z czasem, a inni postanawiają dalej to rozwijać. Ja... raczej pogubiłem się ze swoim zamiłowaniem do rysunku. Do około 21 roku życia byłem naprawdę słaby w rysowaniu, wiele utalentowanych osób z końca podstawówki i początku gimnazjum rysuje całe mile lepiej niż ja wtedy. Bo nigdy nie byłem utalentowany w tej kwestii, po prostu. Jestem chyba niezłym przykładem tego, że wszystkiego można się nauczyć, a talent to tylko drobny plus na starcie. Po dziś dzień spędzam długie godziny na podglądaniu zdjęć czy rysunków innych artystów, aby zrozumieć dlaczego podjęli konkretne wybory przy cieniowaniu postaci, czy jak działa prezentowanie emocji w japońskich komiksach. W tym chyba siedzi cała zabawa.
IG: Jesteś absolwentem Socjologii oraz Pedagogiki na Uniwersytecie Szczecińskim - czy umiejętności oraz wiedza, zdobyte na studiach przydają Ci się w pracy?
PG: To trochę skomplikowane pytanie. Jako Pedagog, bardzo chciałem pracować z dziećmi specjalnymi, tymi obdarzonymi umiejętnościami rozumienia pewnych rzeczy wykraczającymi poza ich grupę wiekową. Przykładem niech będzie chłopiec z którym pracowałem, który w drugiej klasie szkoły podstawowej był z matematyki na poziomie drugiej gimnazjum. Problem w tym, że nikt w naszym kraju nie finansuje pomocy dla takich dzieci, więc musiałem porzucić tę ścieżkę. Skierowałem więc swój wzrok ku mediom społecznościowym, zostając magistrem Socjologii. Tutaj poszło lepiej, dzięki znajomości narzędzi i tego jakie memy młodzi łykają, agencje były chętne do oferowania mi posady Specjalisty ds. Mediów Społecznościowych i Marketingu. Zapewne jednak myślałeś, że moja praca ściślej związana jest z rysunkiem, ale... z zarabianiem z samego rysunku jest bardzo ciężko w naszym kraju. Niewiele firm potrzebuje rysowników, wiele stawia na grafików - a raczej nie byłem wielkim fanem sklejania ulotek i bannerów całymi dniami. Dlatego póki co można powiedzieć, że chyba nie, studia nie pomogły mi w pracy, którą kocham najbardziej - pomogły jednak znaleźć inną, a media społecznościowe nie są takie złe. <śmiech>
IG: Zdarzyło Ci się nawiązać współpracę m.in. z Wiedzą Bezużyteczną. Czy mógłbyś opisać, na czym dokładnie ona polegała?
PG: W Wiedzy Bezużytecznej zacząłem swoją pracę, gdy Dawid dopiero otwierał biuro w Krakowie i kompletował zespół. Pomagałem tam w stworzeniu serwisu popularnonaukowego Wiedzoholik, pisaniu artykułów i zarządzaniu społecznością na tym serwisie, jak i łapaniu ciekawych okazji. Jedną z nich była nasza współpraca z Woodstockiem, w ramach której stworzyłem odpowiednią podstronę i zamieszczałem związane z Festiwalem ciekawostki podczas jego trwania. Później zostałem już tylko, żeby stworzyć ilustracje do książki Wiedza Bezużyteczna, po czym kontrakt został skończony, a ja poszedłem szukać szczęścia dalej. <śmiech>
IG: Co radziłbyś młodym ludziom, których twarz przyozdabia wyimaginowana broda Pana Rysownika, chcącym złączyć swoją przyszłość z pracą w social media?
PG: Oho, to chyba moje ulubione pytanie. Wielu młodych, w tym Brodaczy, nie zdaje sobie sprawy jak interesującym i bogatym tematem jest praca w mediach społecznościowych. Zawsze potrzebne są młode i utalentowane osoby, gotowe do żonglowania różnymi tematami, załatwiania klientów i wymyślania ciekawych kampanii reklamowych. Podobają Ci się zabawne obrazki wrzucane przez polski Media Markt na Fejsie? Podziękuj agencji, którą wynajęli do tego i która wpadła na pomysł reklamowania sieci w ten sposób. Nawet Polski Bus czy Biedronka to zagraniczne firmy, które dzięki poradom specjalistów, odpowiednio się "spolszczyły", aby lepiej dotrzeć do klientów. Zacznij powoli, od otwarcia swojego bloga, z profilem na Fejsie - testuj funkcje umieszczania reklam, jak działają zasięgi, poczytaj o tym trochę. Jeżeli będziesz odnosić sukcesy na własną rękę - agencje wezmą to jako najlepszy dowód Twojego obycia w mediach społecznościowych i chętnie zaproponują posadę na start. Jednak znajomość podstaw programów graficznych czy języka angielskiego to absolutna podstawa!
Jeszcze raz bardzo dziękuję Markowi za poświęcony czas, a Was proszę, byście modlili się, Aby nie był to ostatni Supergość, który się na takowy zgodził. W przeciwnym wypadku mogę zaoferować Wam jedynie moje wypociny!
Brodatego samego wszystkiego,
Gryzipiórek Groteskowiec
sobota, 4 marca 2017
czwartek, 26 stycznia 2017
KOMIKS: PFYIAŹŃ Część 2
Jest czwartek? Jest. Jest druga część komiksu? Jest. Nigdy nie rzucam wiatru na słowa, czy innej kapusty na pole.
Och, jak cudownie, przeczytaliście wszystko, możecie przybić pjonę Dziadkowi albo Ciotce Gertrudzie!
Całuski
Wujek Groteskowiec
Och, jak cudownie, przeczytaliście wszystko, możecie przybić pjonę Dziadkowi albo Ciotce Gertrudzie!
Całuski
Wujek Groteskowiec
czwartek, 19 stycznia 2017
KOMIKS: PFYIAŹŃ Część 1
Nowy Rok to idealny czas na przeszukiwanie odmętów komputerowego dysku w poszukiwaniu cennych skarbów. Niestety nie udało mi się tego dokonać i odkopałem jedynie komiks, rysowany w Wakacje 2015 roku. Zdradzę Wam, że fabułę wymyśla się najprzyjemniej podczas przemienia długiej drogi schodami na szczyt wodnej zjeżdżalni. Otwieram Groteskowy Sezon pierwszą częścią Komiksu PFYIAŹŃ!
Czy Elfik odnajdzie przyjaciela? Czy na serio myśleliście, że ten komiks będzie dłuższy niż 6 stron (licząc z okładką)? Czy kiedykolwiek zacznę wrzucać posty regularnie?
Na to jedno, pierwsze pytanie odpowiedź poznacie już w następny czwartek. Jeśli serio chcecie znać odpowiedź na pozostałe, to se idźcie do wróżki albo zapytajcie Pana Spinacza.
Ahoj ahoj
Imperator Groteskowiec
środa, 31 sierpnia 2016
Atomówki 2.0. - czy warto było czekać?
"Cukier, słodkości i różne śliczności(...)" - jeśli istniałaby inna sentencja, która byłaby w równym stopniu wryta w pamięć miażdżącej większości Zetów, to zdecydowanie bliżej mi do Umberto Eco, niż do wiewiórki, stukającej w losowe klawisze na dogorywającej swoich dni klawiaturze komputera. Atomówki, mające premierę w roku 1998, czyli osiemnastkowa popijawa jest już dla nich jedynie wspomnieniem, stały się absolutnym hitem stacji Cartoon Network, uzyskując status jednej z najbardziej flagowych produkcji kreskówkowego kanału Turnera obok m.in. Laboratorium Dextera, czy Johnny`ego Bravo. Oto okazało się, iż po niezwykle długiej nieobecności na antenie wracają z hukiem w nieco odświeżonej wersji. Jednak, czy w pełni oddaje ona klimat oryginalnych The Powerpuff Girls?
Oczywiście, że nie. Wychodzę bowiem z założenia, iż nie to było celem stworzenia remake`u oryginalnych Atomówek.
*Najprawdopodobniej nie spodobały mu się ich NIEKTÓRE POMYSŁY...
**Należy wyraźnie podkreślić, iż owa noga w znaczącym stopniu umożliwia wyjście z wyżej wymienionego gobu i spokojne obejrzenie serii, więc tak w sumie... Meh, łotewe...
Oczywiście, że nie. Wychodzę bowiem z założenia, iż nie to było celem stworzenia remake`u oryginalnych Atomówek.
![]() |
| Zapewne niektórzy z Was wiedzą, iż pierwowzorem Atomówek jest kilkuminutowe dzieło Craiga McCrackena pt. Whoopass Stew. Jak możecie się domyślić po tytule, Craig nie miał na celu stworzenia typowego serialu dla dzieci, lecz raczej niekonwencjonalnej parodii filmów superbohaterskich, przeznaczonej dla nieco starszych widzów.
Kwestia tego, czy jest to serial udany pozostaje sporna. Faktu, iż w stosunku do oryginału doszło wiele zmian zdecydowanie kontrowersyjnym nazwać się nie da. Jednym z nich jest brak postaci Panny Sarah Belli, której na skutek ciężkiej, codziennej pracy u Burmistrza (on nadal w serialu jest - równie głupkowaty i sympatyczny, co w oryginale) nagromadziło się kilka tysięcy dni urlopu. (sic!) I zdecydowanie nie zanosi się, by z niego prędko wróciła. Twórcy wyszli z założenia, iż jej postać nie współgra z przekazem, jaki ma nieść ze sobą nowa seria, który to pomysł nie spotkał się zbyt przychylnymi opiniami odbiorców. Muszę powiedzieć, iż również znajduję się w tym oburzonym gronie - w starszych Powerpuffsach wielokrotnie udowadniała ona, iż dzięki swojej inteligencji oraz życiowej mądrości może być kolejnym, obok Profesora Atomusa, ważnym dla dziewczynek autorytetem. Ponadto, sporą zmianą jest zupełnie nowa obsada, wcielająca się w tytułowe Atomówki, zarówno w wersji oryginalnej, jak i zrealizowanej przez SDI Media Polska rodzimej wersji językowej, którą uważam za udaną, a w w oryginale nie dopatruję się zbytniego zgrzytu.
Przy ocenie całokształtu serialu chciałbym podkreślić jedną istotną rzecz - zdecydowanie nie jest on utrzymany w formule, do której zostaliśmy przyzwyczajeni przez pozostałe świeże produkcje ze stajni Cartoona. Nie znaczy to, iż jest gorsza. Jednak nie wiem, czy jako Stary Zgred i Prawie-Zombiak mogę czuć się targetem nowych Atomówek. Odnoszę bowiem wrażenie, iż nie miał on za zadanie celować w żyjących nostalgią Dziadów z jedną nogą schowaną już w grobie**, a przedstawić stworzone dobry już kawał czasu temu postaci młodemu pokoleniu. Najnowszemu The Powerpuff Girls nie obca jest dynamika, czy osławione już żarty z memów. Odnoszę również wrażenie, iż same dziewczynki są ukazane jako już nieco starsze panienki niż w oryginale i, co uważam za bardzo duży plus, nabrały więcej charakteru - Bajka jest bardziej asertywna, Brawurka - pyskata i bezpośrednia, zaś cechy przywódcze Bójki zostały wyraźniej podkreślone. Kolejne epizody, pozbawione ciągłej linii fabularnej, są całkiem przyjemne w odbiorze, natomiast nie uważam, by niezwykle często zachwycały mnie szczególną błyskotliwością, czy nietuzinkowym pomysłem.
Nowe Powerpuffsy to sympatyczne oglądadło. Wątpię jednak, iż zdoła sprawić, iż przeciętny odbiorca spędzi z nosem przy ekranie więcej niż parę godzin, a oglądanie powtórek może być w tym przypadku nużące. Zachęcam jednak do poświęcenia Atomówkom swojego czasu i przekonania się, czy taka formuła Wam pasuje! Papatki, mokre gatki! Imperator Groteskowiec |
**Należy wyraźnie podkreślić, iż owa noga w znaczącym stopniu umożliwia wyjście z wyżej wymienionego gobu i spokojne obejrzenie serii, więc tak w sumie... Meh, łotewe...
czwartek, 4 sierpnia 2016
We Bare Bears - Między nami, to bardzo przyjemny serial
Ktoś, kto nadal zawzięcie twierdzi, iż na tym dzisiejszym Cartoon Network nie ma co oglądać, powinien, moim skromnym zdaniem, wylądować w śmierdzącej pace o rygorze tak zaostrzonym, jak ołówek po wyjęciu z elektrycznej temperówki. I to takiej z górnej półki! W momencie kiedy Między nami, Misiami dołącza do pocztu flagowych produkcji stacji, Cartoon Network Studios sprawuje aktualnie pieczę nad pięcioma, naprawdę jakościowo świetnymi produkcjami i jedną miniserią, a dziecko jego dużo młodszego, europejskiego kuzyna - Cartoon Network Development Studios Europe, czyli nowatorski sitcom, łączący tradycyjną kreskę z CGI pt. Niesamowity Świat Gumballa rozwija się wzorcowo, jak podręcznik o wychowaniu nakazuje. I czy naprawdę żyjemy w tak ciekawych czasach, by premierę miała kolejna, trzymająca poziom, produkcja?
![]() |
| Twórca serialu, Daniel Chong, nie jest naturszczykiem! Gość ma za sobą pracę dla PIXARa, Nickelodeon, Studia Blue Sky oraz Illumination Entertainment! |
Stare chińskie porzekadło* jest dla nas nadzwyczaj łaskawe. We Bare Bears to bowiem twór nadzwyczaj przyjemny dla oka, ucha i wszystkich pozostałych, mniej ważnych zmysłów. Ponadto, powinien on zadowolić zarówno maniaków nostalgii, jak i smakoszy cartoonowego nowatorstwa.
Wasz Wujek Mietek
Imperator Groteskowiec
*Obyś żył w ciekawych czasach...
**A po polsku to już tak! O TUTAJ!
***Mówi Wam coś TEN przeuroczy tytuł? ;)
Wasz Wujek Mietek
Imperator Groteskowiec
*Obyś żył w ciekawych czasach...
**A po polsku to już tak! O TUTAJ!
***Mówi Wam coś TEN przeuroczy tytuł? ;)
sobota, 16 lipca 2016
Bardzo Fajny Film! - kilka słów o The BFG
Jestem głęboko przekonany, że nawet ci najbardziej sceptyczni wobec hollywoodzkich produkcji jegomoście nie będą mieć zbyt wielkich oporów przed nazwaniem Stevena Spielberga Człowiekiem Sukcesu - jest szczęśliwym ojcem gromadki niezwykle udanych dzieciaków, takich jak E.T., Jurassic Park, czy seria filmów o Indianie Jones`ie, z którymi obycie jest obligatoryjne nie tylko dla zagorzałych kinomanów, ale dla każdego, kto nie chce wyjść na freak`a, siedzącego w zamrażalniku przez ostatnie kilkanaście lat.* Fani animacji (w tym ja) cenią go za bycie dowódcą armii, biorącej udział w wielkiej bitwie przeciwko Animacyjnemu Gettu** z amunicją w postaci takich perełek jak Animaniacy, czy Pinky i Mózg - błyskotliwych i nowatorskich kreskówek, które, nawiązując do najstarszych tradycji Warner Bros udowodniły, że animacja nie jest grzechotką dla dzieciaczków, a dobrym autem, z którego uciechę może mieć zarówno Tata, jak i Mały Franio. No i proszę! Niespełna tydzień temu spotkałem kolegę Steve`a z kolejnym uroczym bobaskiem w wózeczku.*** Ach, jaką miał radochę! I ja też.
![]() |
| Spielberg jaki jest, każdy widzi. Im starszy, tym bardziej majestatyczny, moim skromnym zdaniem :3 Jak on to robi? |
Mowa, rzecz jasna o BFG - Big Friendly Giant, czy Bardzo Fajnym Gigancie, którym to polskim rozwinięciem skrótu niezwykle sprytnie wybrnęli tłumacze. E.T. dla młodego pokolenia - hasełko reklamowe produkcji - jest całkiem trafne, a sam obraz był dla mnie niezwykle miłym zaskoczeniem.
Na zawsze po Ciemnej Stronie Mocy
Imperator Groteskowiec
Na zawsze po Ciemnej Stronie Mocy
Imperator Groteskowiec
*Znam takich... Brrr... Uwierzcie mi, oni się przez ten czas nie myli, a żyją w ułudnym przekonaniu, że kilkakrotne pokrycie całego ciała najtańszym dezodorantem załatwi sprawę - zapach zmrożonego potu w połączeniu z tą tandetną perfumą to w opór słaba zabawa...
**To moje rodzime łanabi tłumaczenie. W oryginale Animation Age Ghetto. Pożyczyłem termin od stronki TV Tropes. Oznacza on błędne przekonanie, że wszystko to, co jest animowane należy się dzieciom (i TYLKO dzieciom) jak psu buda i ogólnie sceptyczny stosunek wobec tej dziedziny sztuki. Jeśli macie kilkanaście lat, a znajomi raczą Was krzywym spojrzeniem w momencie, gdy wspominacie coś o kreskówkach, to wiecie, o czym mówię ;)
***Człowiek Sukcesu, ale niestety pantoflarz!
****Można je wydać na jedzonko do kina. Albo na Breloczek Z Przerażającym Bobasem!
*****I nadal nie chce puścić... AAAaaaała! Zna ktoś jakiegoś dobrego chirurga? ;_____;
******Na pewno więcej wyświetleń Groteskowca, żeby następnym razem stać mnie było chociaż na najtańsze kino studyjne, o bilecie autobusowym już nie wspominając ;______;
*******Ale za to czynnie działam w Klubie BINGO. Gramy w każdy piątek o 20-tej przy al. Solidarności 115 w budynku, w którym jeszcze całkiem niedawno mieściło się warszawskie Kino Femina. Ciężko nam bowiem... Chlip! Rozstać się... Chlip! Chlip! Z miejscem, w którym spędziliśmy... Chlip! Wybaczcie! Najlepsze lata życia!
********W wakacje się jeszcze zobaczymy, więc to trochę pic na wodę, ale jakby ktoś z Was skaleczył sobie choćby mały palec, to wiedzcie, że w pełni poczuwałbym się do odpowiedzialności za tę sytuację.
****Można je wydać na jedzonko do kina. Albo na Breloczek Z Przerażającym Bobasem!
*****I nadal nie chce puścić... AAAaaaała! Zna ktoś jakiegoś dobrego chirurga? ;_____;
******Na pewno więcej wyświetleń Groteskowca, żeby następnym razem stać mnie było chociaż na najtańsze kino studyjne, o bilecie autobusowym już nie wspominając ;______;
*******Ale za to czynnie działam w Klubie BINGO. Gramy w każdy piątek o 20-tej przy al. Solidarności 115 w budynku, w którym jeszcze całkiem niedawno mieściło się warszawskie Kino Femina. Ciężko nam bowiem... Chlip! Rozstać się... Chlip! Chlip! Z miejscem, w którym spędziliśmy... Chlip! Wybaczcie! Najlepsze lata życia!
********W wakacje się jeszcze zobaczymy, więc to trochę pic na wodę, ale jakby ktoś z Was skaleczył sobie choćby mały palec, to wiedzcie, że w pełni poczuwałbym się do odpowiedzialności za tę sytuację.
czwartek, 30 czerwca 2016
"(...) Wszyscy przechodnie są niedoszłymi artystami takimi jak ja.", czyli o "Stwórcy" autorstwa Scotta McCloude`a
Czytacie zapierający dech w piersiach bestseller? Oglądacie ostatni odcinek Waszego ulubionego serialu? Gasicie pożar? Niezależnie, od czynności, jaką aktualnie wykonujecie, przerwijcie ją NATYCHMIAST! No, może poza tą ostatnią - obawiam się bowiem, iż lektura tego posta po byciu spalonym na wiór może być dość problematyczna... Gotowe? Okej, teraz wysilcie te pozostałości po szarych komórkach, które niegdyś gościły w Waszych łepetynach, a zostały zneutralizowane na skutek godzin, spędzonych na oglądaniu kreskówek Cartoon Network i spróbujcie pomyśleć o najgorszej możliwej sytuacji, jaka mogłaby spotkać Was w życiu. Czy będzie to śmiertelna choroba, na jaką prawdopodobnie zapadniecie po tym, jak do Waszych nozdrzy dotrze wątpliwy aromat Waszych stóp, dopiero co uwolnionych spod jarzma znoszonych trampek i zmęczonych ciężką pracą, jaką było uganianie się za gałą podczas sześciogodzinnej rundy na boisku? Czy może niesprawiedliwość, jaką bez wątpienia jest nie podciągnięcie dobrego dopuszczającego z plusikiem na kiepski dostateczny z wielkim minusem przez zołzowatego belfra na sprawdzianie z przyrki? Czy może moja, niemal roczna absencja na Groteskowcu, za którą bardzo przepraszam te cztery i pół kurczątka, które mnie czytają - i tak zawsze będę Was kochał... Cóż, moim zdaniem jest to uczucie tuż po zakończeniu lektury Stwórcy autorstwa Scotta McCloude`a.
Dlaczego? Bynajmniej nie dlatego, iż jest to nad wyraz odpychająca, paskudna i nie warta uwagi pozycja. Wręcz przeciwnie, całymi nogami, rękami i innymi częściami ciała (nawet tymi, które nijak byłyby w stanie utrzymać długopis, bądź pióro, ale dobra..) podpisuje się pod zdaniem Neila Gaimana, słynnego brytyjskiego twórcy fantasy, które widnieje na tylnej okładzinie polskiego wydania dzieła: Najlepsza powieść graficzna, jaką czytałem w ostatnich latach. Muszę się jednak przyznać, że po przewróceniu ostatniej strony i odłożeniu pozycji na półkę czułem ogromny żal oraz gniew, ukierunkowany na ludzkość, która wciąż nie stworzyła prawdziwego wehikułu czasu lub jakiegoś innego sprytnego urządzonka, funkcjonującego w podobny sposób. Moim największym marzeniem byłoby na ten moment przeniesienie się do chwili, kiedy po raz pierwszy miałem w rękach tę przepięknie wydaną perełkę, by ponownie "na świeżo" zająć się lekturą. Wiem bowiem, że już nie uda się, niestety, odtworzyć pierwotnego efektu.
Co jednak wyróżnia Stwórcę pośród innych graficznych powieści, których jest przecież na pęczki? Cóż, moim zdaniem przede wszystkim fabuła - niezwykle oryginalna, nietuzinkowa i trzymająca w napięciu aż do 488 strony - tyle ich bowiem można naliczyć w polskim wydaniu The Sculptor. Protagonistę, skądinąd sympatycznego - Davida Smitha zastajemy w położeniu podróżnego, który zostaje potrącony przez pociąg tuż po wyjściu z, przybyłego z niezwykle dużym opóźnieniem busika, mającego za zadanie dowieźć pasażerów do Dworca - gościowi pomarli wszyscy członkowie rodziny, wywalili go z roboty, a na dodatek facet jest totalnym bankrutem. I w momencie, kiedy czytacie to zdanie, zapewne wizualizujecie sobie pozostałe 476 stronic jako kartki wypełnione kadrami, przedstawiającymi Davida, żebrzącego pod pierwszym lepszym monopolowym i zapewne by tak było, gdyby do akcji nie wkroczyła moja ulubiona dziedzina nauk ścisłych (zaznaczę wyraźnie, iż jestem na humanie), jaką, jest metaFIZYKA (jeśli przeczytaliście to zdanie, to szybko biegnijcie po szklankę wody i polejcie nią ekran Waszego komputera, ponieważ obawiam się, że w przeciwnym wypadku się rozpadnie z racji tego, że jest tak strasznie suche...). Bo oto David, w trakcie robienia tego, co każdy przegryw życiowy robić powinien, czyli strzelania drinków w barze (sam tak spędzam moje samotne piątkowe wieczory, kiedy akurat nie oglądam kreskówek, bo nigdzie indziej przecież nie wychodzę) spotyka swojego wujka Harry`ego, który w rzeczywistości okazuje się być... ponurym żniwiarzem. Ten oferuje mu propozycję nie do odrzucenia (nad czym osobiście bym polemizował, natomiast szalenie lubię używać tej zgrabnej formułki), jaką jest umożliwienie mu spełnienie wielkiego marzenia stania się KIMŚ, a konkretnie realnego zaistnienia na scenie artystycznej. Jak to jednak z typkami o wątpliwej moralności bywa, propozycja Śmierci nie jest, rzecz jasna, bezinteresowna. Wanna be wujczyna niedoszłego wielkiego twórcy stawia jednak pewien warunek - Smith dostanie jedynie 200 dni na wykorzystanie swojego talentu na tym łez padole. Czy spożytkuje je należycie? I czy w ogóle zgodzi się na propozycję Kosiarza?
No, czy ja mam na łbie wyryty napis empik, głuptaski?
Na uwagę potencjalnego odbiorcy zasługuje również warstwa graficzna - przepięknie wykonane niezwykle klimatyczne kadry powinny zadowolić nawet najbardziej wybrednych koneserów komiksu. Ich monokolorystyka nie czyni, o dziwo, odbioru całości monotonną, a wzorcowo współgra z fabułą i ogólnym klimatem powieści. Osobiście uważam, iż McCloud do perfekcji opanował sztukę ukazywania dynamizmu na papierze - bowiem podczas obcowania z scenami biegu moje wrażenia były porównywalne do tych, które zwykle towarzyszą człowiekowi podczas oglądania dobrego filmu akcji, a nawet lepsze. Samemu projektowi postaci nie mam nic do zarzucenia i uważam go za niezwykle udany. Myślę, że mimo wszystko zdecyduję się na ponowną lekturę dzieła, chociażby ze względu na możliwość zrobienia przyjemności moim oczom (tak zresztą zniszczonym już przez te telewizje i inne Internety) - nazwanie warstwy graficznej Stwórcy ucztą dla oka byłoby ogromnym faux pas z mojej strony - to istny bankiet z udziałem Prezydenta, Premiera oraz Królowej Elżbiety.
Warto mieć w domu Stwórcę Scotta McCloud`a. Chociażby z tak trywialnego powodu, iż niezwykle ładnie prezentuje się na półce. Ale zdradzę Wam w sekrecie, że komiksy nie służą JEDYNIE do tego i czasami warto je przeczytać. Gwarantuję Wam, że nie pożałujecie.
Danke!
Do zoba za (obiecuję) duuuuuużo mniej czasu niż rok ;)
Imperator Groteskowiec
| Urodzony na samym początku lat 60. XX wieku amerykański rysownik i teoretyk komiksu najbardziej znany jest ze swoich publikacji na temat idei, przyświecających tworzeniu tej dziedziny sztuki. |
Dlaczego? Bynajmniej nie dlatego, iż jest to nad wyraz odpychająca, paskudna i nie warta uwagi pozycja. Wręcz przeciwnie, całymi nogami, rękami i innymi częściami ciała (nawet tymi, które nijak byłyby w stanie utrzymać długopis, bądź pióro, ale dobra..) podpisuje się pod zdaniem Neila Gaimana, słynnego brytyjskiego twórcy fantasy, które widnieje na tylnej okładzinie polskiego wydania dzieła: Najlepsza powieść graficzna, jaką czytałem w ostatnich latach. Muszę się jednak przyznać, że po przewróceniu ostatniej strony i odłożeniu pozycji na półkę czułem ogromny żal oraz gniew, ukierunkowany na ludzkość, która wciąż nie stworzyła prawdziwego wehikułu czasu lub jakiegoś innego sprytnego urządzonka, funkcjonującego w podobny sposób. Moim największym marzeniem byłoby na ten moment przeniesienie się do chwili, kiedy po raz pierwszy miałem w rękach tę przepięknie wydaną perełkę, by ponownie "na świeżo" zająć się lekturą. Wiem bowiem, że już nie uda się, niestety, odtworzyć pierwotnego efektu.
![]() |
| Scott McCloud jest Wam najprawdopodobniej bardzo dobrze znany jako autor legendarnego komiksu o komiksie, świetnego zresztą pt. Zrozumieć Komiks z 1993 roku. |
No, czy ja mam na łbie wyryty napis empik, głuptaski?
Na uwagę potencjalnego odbiorcy zasługuje również warstwa graficzna - przepięknie wykonane niezwykle klimatyczne kadry powinny zadowolić nawet najbardziej wybrednych koneserów komiksu. Ich monokolorystyka nie czyni, o dziwo, odbioru całości monotonną, a wzorcowo współgra z fabułą i ogólnym klimatem powieści. Osobiście uważam, iż McCloud do perfekcji opanował sztukę ukazywania dynamizmu na papierze - bowiem podczas obcowania z scenami biegu moje wrażenia były porównywalne do tych, które zwykle towarzyszą człowiekowi podczas oglądania dobrego filmu akcji, a nawet lepsze. Samemu projektowi postaci nie mam nic do zarzucenia i uważam go za niezwykle udany. Myślę, że mimo wszystko zdecyduję się na ponowną lekturę dzieła, chociażby ze względu na możliwość zrobienia przyjemności moim oczom (tak zresztą zniszczonym już przez te telewizje i inne Internety) - nazwanie warstwy graficznej Stwórcy ucztą dla oka byłoby ogromnym faux pas z mojej strony - to istny bankiet z udziałem Prezydenta, Premiera oraz Królowej Elżbiety.
![]() |
| Warto zaznaczyć, że taka miniaturka nigdy nie będzie w stanie oddać piękna warstwy graficznej, którego można, moim zdaniem, doświadczyć jedynie podczas obcowania z wersją papierową |
Warto mieć w domu Stwórcę Scotta McCloud`a. Chociażby z tak trywialnego powodu, iż niezwykle ładnie prezentuje się na półce. Ale zdradzę Wam w sekrecie, że komiksy nie służą JEDYNIE do tego i czasami warto je przeczytać. Gwarantuję Wam, że nie pożałujecie.
Danke!
Do zoba za (obiecuję) duuuuuużo mniej czasu niż rok ;)
Imperator Groteskowiec
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















