środa, 31 grudnia 2025

2025 r. - Podsumowanie konwentowe

2025 r. dobiega powoli końca. Ale się działo! Tradycyjnie udało mi się odwiedzić kilka konwentów i wygłosić tam prelekcje lub poprowadzić spotkania autorskie.
Na Pyrkonie 2025 w czerwcu bieżącego roku miałem przyjemność porozmawiać z twórcami polskich komiksów superbohaterskich - „Lis” (Dariuszem „Krabowym” Stańczykiem, Jakubem Oleksowem, Alan „ALGOYO” Gajewskim), „Ćma” (Tomaszem Grodeckim, Kacprem Wilkiem, Tomaszem R. Borkowskim) oraz „Incognito” (Piotrem Czarneckim i Łukaszem Ciżmowskim). Rozmawialiśmy o twórczości artystów, wyzwaniach związanych z tworzeniem komiksów superbohaterskich w Polsce, a także o planach i projektach, nad którymi obecnie pracują.
Copernicon 2025 to była istna jazda bez trzymanki! Trzy prelekcje i kilka paneli dyskusyjnych! Miałem przyjemność pogadać m.in. o historii Looney Tunes i bloku [adult swim]. Zwariowaną Prelekcję możecie obejrzeć na YouTube.
Tradycyjnie już pojawiłem się na MFKiG! W bieżącym roku miałem przyjemność wraz z Mateuszem Chencem poprowadzić nostalgiczną prelekcję o kultowych grach z nieistniejącej już strony internetowej Cartoon Network. Poprowadziłem również kolejną prelekcję z twórcami polskiego superhero w gronie powiększonym o Zuzannę Sokół ("Ćma") i Karola Porzyckiego ("Lunatyk").
Bieżący rok zakończyłem w Krakowie. Na tegorocznym Magnificonie pogadałem trochę o Nintendo. Na koniec nie zabrakło konkursu wiedzy z małymi nagrodami! Do zobaczenia w 2026 roku - kolejne prelekcje (i nie tylko) już w drodze!

niedziela, 4 lutego 2024

poniedziałek, 14 listopada 2022

MFKiG 2022 - Prelekcyjne podsumowanie

Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi miał miejsce ponad miesiąc temu, ale emocje jeszcze nie opadły! Dla mnie osobiście wydarzenie było wyjątkowe, bo miałem przyjemność zadebiutować jako MFKowy prelegent i poprowadzić lub współprowadzić aż dwa spotkania! Oto one!
W czasie prelekcji pt. Jak wgryźć się "Fistaszki"? wraz z Jakubem Marcjaszem przedstawiliśmy sylwetkę Charlesa M. Schulza oraz historię komiksu "Fistaszki" wydawanego w Polsce przez Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA. Dużą uwagę poświęciliśmy ewolucji stripu na przestrzeni lat, nawiązaniom w popkulturze i elementom autobiograficznym w komiksie. Niestraszny były nam nawet niedziałające głośniki na prelekcyjnej sali! :> Tomy "Fistaszków Zebranych", które mogliśmy rozdać uczestnikom konkursów zawdzięczamy Wydawnictwu Nasza Księgarnia - bardzo dziękujemy za to wsparcie!
Miałem również przyjemność poprowadzić spotkanie z młodymi, przewzorcowymi Artystami (a prywatnie - moimi znajomymi) Tomkiem "Tommy`m" Grodeckim i Rafałem "Rafą" Jankowskim pt. Ćma i Mięcho - nowa generacja polskich suberbohaterów. Chłopaki poradzili sobie wręcz modelowo z moimi złośliwymi i podchwytliwymi pytaniami - serdecznie zapraszam do przekonania się, jak wygląda praca nad komiksem od kulis na przykładzie "Ćmy" oraz "Mięcha" wydawnictwa Timof Comics! Dziękuję bardzo wszystkim, którzy pojawili się na spotkaniach a w szczególności tym, którzy podbili po spotkaniach! Do zobaczenia na konwentowej trasie! :> Imperator Groteskowiec

środa, 14 września 2022

Prelekcja na Pyrkonie 2022 - The Best Place for Cartoons - 30 lat Cartoon Network

Zapraszam do obejrzenia prelekcji z okazji 30-lecia oryginalnej wersji kanału Cartoon Network, którą miałem przyjemność poprowadzić z Jakubem Marcjaszem na tegorocznym Festiwalu Fantastyki Pyrkon! Nie zabrakło wzorcowych żartów, modelowych kreskówek a nawet... drag queen! :0 Do zobaczenia w Łodzi 25 września! :) Imperator Groteskowiec

sobota, 5 czerwca 2021

Jak wgryźć się w gryzonia? - Krótki biogram Myszki Miki

Jak ponad 90-letnia mysz wciąż może święcić triumfy i nawet nie myśleć o emeryturze? Zajrzyjcie do krótkiej notki biograficznej Mikiego autorstwa Groteskowca, sporządzonej dla Tommy`ego z Tommy Gun Bloga na potrzeby pisanego przez niego artykułu o ekranizacjach Disneya i prawie autorskim dla kwartalnika "Guliwer".
Za debiutancką kreskówkę z udziałem Myszki Miki uważa się często „Steamboat Willie”, najstarszy dźwiękowy film animowany Disneya, ale to „Plane Crazy” było pierwszą wyprodukowaną krótkometrażówką z udziałem disneyowskiego gryzonia. Początki kariery Myszona nie były proste – najwcześniejsze trzy kreskówki wyprodukowane przez studio nie znalazły nabywcy. Dopiero, gdy 18 listopada 1928 światło dzienne ujrzał wyżej wspomniany, inspirowany filmem Bustera Keatona pod tym samym tytułem „Parowiec”, rozpoczęła się trwająca do dziś kariera Myszona. Ówcześni krytycy okrzyknęli dzieło „perełką rzemiosła synchronizatorskiego”, pisali o chichotach publiczności, a nawet „gejzerze radości”. Warto tutaj podkreślać, że kreskówki te nie były przeznaczone dla dziecięcej widowni i były wyświetlane z myślą o dojrzałych widzach przed filmami kinowymi.
Myszka Miki nie powstałby, gdyby nie… utrata praw autorskich przez Disneya do gwiazdy animowanego kina lat 20. – Królika Oswalda – na rzecz studia Universal. Trudna sytuacja w wytwórni niejako wymusiła narodziny Mikiego, który, według historii opowiadanych przez samego Walta, był wzorowany na dostrzeżonej w pociągu myszy, kiedy Walt wracał do domu po zakończonej klęską sprawie Oswalda. Wczesny Miki bardzo różnił się od szlachetnego Myszona, którego znamy z późniejszych inkarnacji. Był zawadiacki, wpadał w tarapaty i nie zawsze postępował szlachetnie. Prostolinijna osobowość Mikiego, która wykształciła się później, sprawia, że nierzadko mówi się o Myszce jako o alter-ego Disneya. Wszak od późnych lat 20. wierzył on, że imię jego animowanego syna stanie się znane w świecie filmu. W latach czterdziestych popularność Myszona zaczęła jednak spadać na rzecz swoich kolegów ze studia – Kaczora Donalda i Goofy`ego, którzy mogli pozwolić sobie na przeżywanie bardziej szalonych przygód niż ikona studia, którą stał się Miki. Ponownie zaczął święcić tryumfy w latach pięćdziesiątych w kultowym programie „Mickey Mouse Club”, który doczekał się także revivalu powstałego na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Niecałe trzy lata temu Miki świętował swoje 90-lecie, nie da się ukryć, że niewiele mu brakuje do setki, a jego popularność wciąż nie słabnie! Myszon nawet nie myśli o emeryturze i cały czas występuje w komiksach, serii krótkometrażówek „The Wonderful World of Mickey Mouse”, a nawet serialu dla przedszkolaków - „Mickey Mouse Mixed-Up Adventures”, którego pierwowzorem jest „Mickey Mouse Clubhouse”. Jego wpływ na popkulturę i historię Disneya jest tak duży, że animatorzy Disneya oddają mu hołd w postaci „Hidden Mickey”, czyli kształtu głowy gryzonia w czerwonego szortach sprytnie ukrywanego w produkcjach studia. Warto też dodać, że zaginiony brat Mikiego, Oswald powrócił do Disneya w 2006 roku i nawet był bohaterem gier komputerowych (seria Epic Mickey), w których wystąpił wraz z „bratem”. Na czym zatem polega sukces Myszki Miki? Cóż, on po prostu jest taki jak Walt! Korekta wybranych fragmentów: Tomasz "Tommy Gun" Grodecki Źródło: Thomas B., Walt Disney. Potęga marzeń, przeł. Teresa Rutkowska, Warszawa 2014

czwartek, 22 sierpnia 2019

Angelina Angel #12

Lato to czas, by oderwać się od codziennych obowiązków... I usłyszeć parę gorzkich słów.


wtorek, 23 lipca 2019

Jak zapalić Pana Żarówkę? - Rozmowa z Wojtkiem Wawszczykiem



Wojtek Wawszczyk zajmuje się animacją, reżyserią oraz scenopisarstwem. Ukończył Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną imienia Leona Schillera w Łodzi oraz niemiecką Filmakademie Baden -Württemberg. od 2011 roku pracuje w studiu Human Ark. Był jednym z reżyserów m.in. pełnometrażowego filmu animowanego dla dorosłych - "Jeża Jerzego" oraz serialu animowanego "Kacperiada". Polskie Stowarzyszenie Komiksowe nagrodziło jego najnowszą autorską powieść graficzną, "Pana Żarówkę" wydaną przez "Kulturę Gniewu" tytułem Najlepszego Polskiego Komiksu. Obecnie pracuje nad pełnometrażowym filmem "Podróż smokiem Diplodokiem" inspirowanym komiksami Tadeusza Baranowskiego.


Imperator Groteskowiec: Wiem, że zajmowałeś się filmami animowanymi już od czasów studenckich. Kiedy po raz pierwszy zacząłeś czuć, że ciągnie Cię do animacji?

Wojtek Wawszczyk: Nie czułem jakiegoś wielkiego przyciągania do filmu. Zawsze, jak chyba każdy, lubiłem oglądać filmy, te animowane również, ale bardziej fascynował mnie komiks. Jako dziecko rysowałem komiksy - amatorskie oczywiście. W soboty wymyślałem z kolegami scenariusze, a przez kolejny tydzień rysowałem kilka stron i tak do następnej soboty. Pokazałem kiedyś te komiksy Pani od plastyki w liceum i ona powiedziała: „Coś z tym trzeba zrobić!”. Umówiła mnie na spotkanie z dziekan Szkoły Filmowej, która zachęciła mnie, żebym zdawał na kierunek Animacja w łódzkiej Filmówce. Nie ciągnęło mnie tam… Co więcej, kiedy dostałem się do Szkoły, to z początku nie czułem szczęścia. <śmiech> Uświadomienie sobie, jak bardzo lubię film zajęło mi dobre pół roku. Odkryłem, że film i animacja mnie fascynują. Myślę, że tę fascynację poczułem wtedy, kiedy coś zaczęło mi się udawać. Jest coś, co przyciąga do animacji: siedzisz nad ujęciem, przez wiele godzin przesuwasz jakieś elementy i dopiero po długim czasie jesteś w stanie zobaczyć rezultat tej żmudnej pracy. Wtedy okazuje się, że jest to bardzo bliskie temu, co sobie zaplanowałeś i wywołuje to tak wielką euforię, że chce się to robić dalej.

Pracowałeś m.in. przy dużych projektach, takich jak Ja, robot i realizowałeś spot promocyjny dla Disneylandu. Lepiej się czujesz przy pracy nad mniejszymi projektami, uznałeś możliwość współtworzenia większych rzeczy za dużą szansę, czy raczej czułeś się stłamszony przez tego „hollywoodzkiego molocha”?

Miałem szczęście doświadczyć wielu różnorodnych wyzwań, ale też do nich lgnąłem. Realizowałem własne filmy, pisałem scenariusze, rysowałem komiksy, pomagałem innym przy filmach, a nawet próbowałem komponować muzykę i udźwiękawiać filmy. Małe projekty, duże, na zamówienie, własne i tak dalej… Chciałem uczestniczyć w tym wszystkim, lecz w pewnym momencie, stwierdziłem, że nie wiem, kim jestem. Zaraz po studiach czułem się zmęczony mnogością rzeczy, którymi się zajmowałem lub chciałem się zajmować. Dzisiaj, po osiągnięciu pewnej „mądrości czterdziestoletniego człowieka” <śmiech> rozumiem, że taka różnorodność zajęć jest najbardziej interesująca, ale istotne jest zachowanie harmonii pomiędzy projektami, które robię dla siebie i takimi, którymi rozwijam własny warsztat i realizuję na zlecenie.
Wielu z nas robi pewne rzeczy po to, żeby po prostu się dowartościować. Kiedy, z jednej strony, reżyseruję reklamę lub współtworzę animację na zamówienie, nie przeżywam tego jako moją osobistą wypowiedź, ale jednocześnie angażuję się, ponieważ bardzo lubię animację i niezmiennie fascynuje mnie jak widzę, że coś dzięki ruchowi nabiera życia. Czuję się wtedy potrzebny dzięki warsztatowi – jako rzemieślnik. Z drugiej strony, kiedy tworzę własną książkę, film czy rysunek i widzę, że do kogoś to dociera, jest dla kogoś ważne, wtedy czuję się potrzebny dzięki moim emocjom, jako artysta. Istotna jest harmonia między rzeczami, które robię dla siebie i dla kogoś, i o to chyba chodzi. Lubię robić różne rzeczy i znajdować między nimi zdrowe proporcje.

W studiu Human Ark pracujesz m.in. przy reżyserii reklam. Dawniej były to reklamy z udziałem Serca i Rozumu dla sieci Orange, które przebiły się do mainstreamu czy parówek Berlinek, a obecnie jest to głównie Plush. Czy praca nad którąś z tych reklam najbardziej zapadła Ci w pamięć i czy udało Ci się przemycić najbardziej wyraźnie jakieś swoje pomysły oraz wpleść w tę reklamę „najwięcej Wojtka Wawszczyka”?

Potrafię to zrobić w przypadku serii reklamowej, czyli linii, która opiera się na tych samych, powracających postaciach. Kolejne reklamy to kolejne odcinki serialu, gdzie konfrontuję konsekwentne charakterologicznie postaci z nowymi okolicznościami. To jest coś, na co zawsze bardzo zwracam uwagę. Dla mnie film, animacja to nie tylko kwestia poruszenia postaciami w lewo i prawo. Zaczynam od tego, że buduję portret psychologiczny bohatera. Chcę zrozumieć, jaki on jest, co czuje, jak by reagował w różnych sytuacjach… Jestem pewien, że podczas tego procesu przelewam pewne cechy „Wojtka Wawszczyka” na animowane postaci.
Zaczynam rozumieć animowaną postać i kiedy dostaję scenariusz z agencji reklamowej, to prowadzę bohatera w taki sposób, żeby reagował zgodnie ze swoim duchem. To jest ciekawe. Dużym wyzwaniem, na przykład, jest animowanie parówek, ponieważ to pięć praktycznie tak samo wyglądających postaci, a przy tym, podobnie jak w krótkometrażówce PIXARa For the Birds, gdzie każdy z ptaszków reaguje nieco inaczej, każda kiełbaska różni się charakterem. Czuję satysfakcję, kiedy widzę, że niektórzy dostrzegają te subtelności. Każda z bohaterek reaguje na te same wydarzenia w zupełnie inny sposób. Tak samo jest w przypadku Plusha – założenie jest takie, że traktujemy go jako dwudziestokilkuletniego mężczyznę, a nie jak pluszowego misia. Staramy się unikać bajki. To nie jest Toy Story, nikt się nie dziwi, że pluszak chodzi i mówi. Plush w każdym odcinku wpada w tarapaty i robi rzeczy, które prowadzą do katastrofy, ale generalnie ma to wszystko w nosie. To jest właśnie ten jego charakter – moim zadanie jako reżysera jest dbanie o to, żeby postaci animowane i aktorzy zachowywali się na ekranie w sposób charakterologicznie spójny.
To, co jest super w tego typu serialach reklamowych to to, że z czasem agencje reklamowe, czyli twórcy pomysłu i całej idei oraz scenariusza coraz bardziej nam ufają. To jest naprawdę fajne, że spotykamy się razem i zaczynamy wspólnie kombinować przy pierwotnym pomyśle. Na zasadzie partnerskiej rozmowy wzbogacamy scenariusz o nowe elementy. W paru reklamach zdarzyło mi się nawet wystąpić – raz gasiłem choinkę...

Prawie jak Stan Lee…

<śmiech> Tak, tak, wystąpiłem bodajże w sześciu reklamach. W jednym ze spotów miś rozwalał ulicę choinką i występuję tam jako jeden z poszkodowanych. Kręciliśmy to w zwolnionym tempie – ja rzucałem się, przewracałem w sztucznym śniegu. Pierwszy dubel wyszedł bardzo dobrze, zresztą na tyle ofiarnie do tego podszedłem, że rozdarłem sobie spodnie na kolanie. <śmiech>

Masz może ulubionego bohatera z tych reklam?

Nie wiem, to jest trochę tak, jakbyś mi zadał pytanie, czy mam swojego ulubionego znajomego. Każda animowana postać ma jakiś aspekt, który cię do niej przyciąga. Warto potem tą cechą grać. Wracając do parówek: jedna z nich jest romantyczna, inna nieco przemądrzała – dla każdej z nich można znaleźć jakiś sposób poruszania się, który będzie odzwierciedlał jej charakter i będzie atrakcyjny. Jednym słowem trzeba lubić to, co się animuje. I mieć do tego przestrzeń – czyli zaufanie klienta. Bywa tak, niestety, że klient nam mówi, jak mamy animować i wtedy trochę przestajemy lubić to, co robimy. Mam wrażenie, że to się trochę przekłada na jakość animacji – niby coś się rusza, ale nie ma już takiej głębi, jest mniej szczere, bo nie nasze. Podczas przygotowań do pracy animowanej w studiu bardzo dużo rozmawiamy o tym, jaka postać ma być i dlaczego. Wyobraź sobie sytuację, że na stole leży szklanka z wodą. W zależności od tego, czy ktoś jest nerwusem, leniem lub cwaniakiem poprosi o tę szklankę wody trochę inaczej. Przypomina to o tym, że najprostsze czynności będą inaczej wykonywane w zależności od tego, kim jest postać, która je wykonuje.

Jeżeli chodzi o animację, to pewniej czujesz się przy projektach z animacją komputerową czy raczej jesteś zwolennikiem tradycyjnej kreski?

Zaczynałem od animacji rysunkowej oraz wycinankowej i bardzo ją lubię. Ona ma swoje pewne ograniczenia, ale i wielki walor wynikający z tego, że jest to rękodzieło. Walorem dobrej animacji komputerowej jest detal i subtelność – jednym z trudniejszych zadań jest animowanie postaci w bezruchu. Aby w animacji komputerowej wyglądało to naturalnie, trzeba poruszać subtelnie niemal każdą częścią ciała: przenosić ciężar ciała, drżeć powieką, poruszać brwią… W animacji rysunkowej wystarczy zatrzymać w czasie jeden rysunek – i już. Rękodzieło „wybacza” brak detalu. Co więcej – rękodzieło zachęca do syntezy. Im mniej, tym lepiej. Nie jest to łatwe. Lubię animację klasyczną, ponieważ ona się nie starzeje. Każde dzieło, które opiera się na rysunku jest ponadczasowe, bo część człowieka jest niejako „zamrożona” w jego unikatowej kresce.
Animacja komputerowa jest fascynująca, bo dzięki detalowi i łatwości pracy w zespole świetnie nadaje się do tworzenia wielkiego kinowego widowiska. Z drugiej strony jest bardzo mocno związana z technologią i często jest tak, że jakiś pierwotny zamysł jest ograniczany przez technologię albo przez umiejętności. Kiedy używamy analogowych metod wyrazu, czyli rysujemy, to pewne niedociągnięcia czy braki warsztatowe stają się stylem artysty, a w przypadku animacji komputerowej jest to odbierane jako warsztatowy błąd lub technologiczne ograniczenie. Wrócę do potrzeby harmonii między różnorodnymi projektami. Na co dzień w studiu zajmuję się animacją komputerową. Tego się teraz oczekuje w przypadku produkcji reklamowej i kinowej, to jest mainstream. Tym mocniej odczuwam potrzebę własnej „oazy” – drugiej strony medalu, gdzie mogę chwycić za pędzel i pobrudzić sobie palce tuszem.

Na przykład piosenki Gucia!

<śmiech> Tak, na przykład to! Coś, co jest robione momentalnie, analogowo i bez cenzury. W przypadku prac komercyjnych istnieje coś w rodzaju cenzury. Zdarza się, że dostarczamy gotową animację, zgodną z pierwotnymi założeniami, ale otrzymujemy polecenie, żeby postać się we wszystkich ujęciach szerzej uśmiechała – bo ktoś wierzy, że dzięki szerszemu uśmiechowi produkt będzie się lepiej kojarzył i lepiej sprzedawał. Pełną wolność twórczą mam tylko w moich osobistych projektach, w szybkich filmach na podstawie improwizowanych piosenek Gucia albo w komiksach.

Porozmawiajmy o Twoim najnowszym projekcie, czyli Panu Żarówce. Prace nad komiksem trwały naprawdę bardzo długo – czy miewałeś takie momenty, że chciałeś porzucić ten pomysł?

Tak, wielokrotnie miewałem takie momenty. Można rozbudzać entuzjazm wobec jakiejś pracy tylko przez pewien określony okres. W pewnym momencie coś nie wychodzi, za długo nie ma przełomu lub jest za dużo zakrętów po drodze, i wtedy ten entuzjazm po prostu opada a przeciwności, które na mnie spadają przekładają się na niską wiarę w siebie. Jest to trudne do przezwyciężenia. Miewałem takie momenty, kiedy po narysowaniu kilkudziesięciu, kilkuset stron nagle stwierdzałem, że po prostu nie potrafię opowiadać tego dalej, a to wszystko, co narysowałem do tej pory nadaje się do śmietnika. Zarzucałem projekt, często nawet na długi okres czasu. Najdłuższy okres przerwy, kiedy w ogóle nawet nie spojrzałem na ten komiks trwał około dziewięciu miesięcy. Po wielu miesiącach otwierałem teczkę z materiałami, zdmuchiwałem kurz, przeglądałem i stwierdzałem, że nie jest to takie złe, ale w pewnych miejscach coś nie działa. Dystans pozwalał zrozumieć, które fragmenty wymagały przerysowania, które mnie blokowały i przeszkadzały, by iść dalej. „Montowałem” Pana Żarówkę jak film podczas rysowania. Wstawiałem dodatkowe sceny, usuwałem, modyfikowałem. To dawało mi nową energię do tego, żeby wrócić do regularnej pracy i znowu rozpalić w sobie entuzjazm.

Czy praca nad tak osobistym projektem jak Pan Żarówka wpływała na Twoje życie prywatne i czy praca nad określonymi rozdziałami wywierała wpływ na Twoje samopoczucie lub relacje z innymi?

Tak, oczywiście – to jest kolejny powód, dla którego wiedziałem, że prędzej czy później wrócę do tego tytułu. To historia, którą bardzo chciałem i potrzebowałem opowiedzieć. W moim życiu istnieją wydarzenia, które po latach mogłem zamknąć za sobą, ale które zawsze zostaną częścią mnie. Żeby było mi lżej mogę je przeinterpretować, próbować zrozumieć, a może po prostu nie chować ich w sobie, powiedzieć o nich na głos. To był jeden z powodów dla którego często miałem takie przestoje w pracy – czułem, że o niektórych rzeczach mówię w zbyt trywialny i tępy sposób. Są momenty, które przeżywałem bardzo mocno, kiedy je rysowałem. Czasem odnosiłem wrażenie, że przekraczam jakąś granicę a może balansuję na niej. Przed publikacją dawałem komiks do przeczytania najbliższym osobom i ich reakcje uspokajały mnie. Dużo później rozmawialiśmy.

Wprowadzałeś na bieżąco autocenzurę? Zdarzyło Ci się narysować jakąś stronę nawiązującą do wydarzeń w Twoim życiu prywatnym a potem uznać, że raczej nie chcesz o tym mówić?

Narzucałem sobie autocenzurę dotyczącą sposobu sportretowania jakiegoś wydarzenia. Stwierdziłem, że ta opowieść ma być baśnią. Odrealnienie faktów miało być obecne od początku do końca. W momencie, kiedy to zrozumiałem, a zrozumiałem mając za sobą pół komiksu już narysowanego, zmieniłem pewne rzeczy wcześniejsze i potem prowadziłem dalszą narrację w konsekwentnej formule. Na przykład dodałem narratora, którego nie było wcześniej. Taki zabieg jest bardzo baśniowy. W ramach tej autocenzury, czy raczej dyscypliny, chciałem uniknąć dosłowności, ponieważ dosłowność jest trywialna. Jest wiele komiksów i książek, które są wręcz ekshibicjonistyczne i przez to szokujące. Łatwo jest szokować po prostu prezentując fakty. A wierzę, że trzeba jeszcze coś po tym zostawić, szczególnie sobie. Sam w dużej mierze rysowałem ten komiks dla siebie i nie chciałem, by była to kronika wydarzeń na zasadzie „tak było 1:1”, tylko chciałem spróbować zrozumieć, co ja wtedy czułem. Żeby to zrozumieć, musiałem to ubrać w metaforę, w formę baśniową. Miałem w głowie kilka scen, które były bardzo dosłowne i wtedy nie chciałem tego rysować, bo było to za proste. Dosłowność jest nudna. Użyję banalnego porównania, ale wolę konia namalowanego przez Picassa niż przez Matejkę.

W swojej pracy zawodowej zdarzyło Ci się również pełnić rolę wykładowcy na Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Jak wspominasz to doświadczenie, jak pracowało Ci się z młodzieżą i jakie miałbyś rady dla ludzi, którzy chcą złączyć swoją przyszłość z animacją?

Jeszcze zanim poszedłem do szkoły Polsko-Japońskiej prowadziłem wykłady w szkole Maćka Ślesickiego, czyli Warszawskiej Szkole Filmowej. Prowadziłem w obydwu szkołach zajęcia, które nazwałem „Sztuka Animacji Komputerowej”. Jak już mówiłem, wierzę w to, że dobra animacja to nie jest po prostu kwestia ruszania czymś we wszystkie strony. Jest zatrzęsienie online' owych kursów, które uczą warsztatu animacji. A jednak czegoś im brakuje, bo efekty tych szkoleń wyglądają tak samo – poprawnie, lecz tak, jakby animowała ta sama osoba. Brakuje mi tam tego istotnego, emocjonalnego etapu - „pomyśl, zanim usiądziesz do komputera”. Pracę nad filmem, animacją można porównać do nauki języków obcych. Warsztat, biegłość w używaniu narzędzi to dla mnie gramatyka. Wrażliwość, talent, przemyślenie planu to słownictwo. Możemy mówić bardzo ładnie gramatycznie, ale mieć niewielki zasób słów i przez to mówić poprawnie, ale topornie. Z drugiej strony, możemy też mówić bardzo pięknie i kwieciście, ale źle gramatycznie i wtedy brzmimy jak na ciężkich dragach. Idealnie jest rozwijać te dwie rzeczy, nie tylko obsługę sprzęt. Na wykładach starałem się przypominać, że animacja nie zaczęła się w momencie, kiedy pojawił się komputer.

Zarówno w Polsce, jak i za granicą możemy spotkać się z pobłażliwym stosunkiem do animacji. Jak odbierasz to zjawisko i czy dostrzegasz jego przejawy w swojej pracy?

Absolutnie tak. Jest to rzeczywiście zjawisko globalne. Może jest to kwestia tego, że dla dzieci z początku łatwiej przyswajalne są proste kształty – tak po prostu na początku widzą świat. Tutaj z pomocą przychodzi ilustracja i animacja. Łatwiej jest uczyć się pierwszych emocji na przykładzie smutnego lub uśmiechniętego narysowanego kotka. Z czasem dzieci wchodzą w coraz bardziej złożone formy oglądają filmy aktorskie. W jednej z książek o pisaniu scenariuszy przeczytałem ściągę na temat tego, co najlepiej działa w danej grupie wiekowej. Dla dzieci w grupie wiekowej 4-6 lat najbardziej atrakcyjne są śmieszne zwierzątka i slapstick. Grupa wiekowa 9-12 lat odchodzi od kotków, piesków, gadających aut na rzecz takich bohaterów jak Spiderman czy Superman, czyli postaci człekokształtnych. Dla producentów filmowych dojrzewanie, grupa 14-16, jest „czarną strefą”. Jest to wiek, w którym następuje przeorganizowanie filozofii życiowej – wszystko to, czym do tej pory się fascynowaliśmy, nagle zostaje odrzucone. To często moment buntu – nigdy więcej kotków, nigdy więcej gadających lokomotyw, czyli precz z animacją i komiksem. Tamte rzeczy są dla dzieci, a ja już jestem dorosły!
Dodatkową przyczyną pobłażliwego stosunku do komiksu i animacji jest słaby system edukacji plastycznej w polskich szkołach. Niewielu jest nauczycieli, którzy kochają film animowany i komiks – to ciągle trochę wstydliwe wśród dorosłych. Zamiłowanie do sztuki wymaga rozpalenia w kimś pasji, a jak pasję we mnie ma wzbudzić we mnie ktoś, kto sam jej nie ma?
Na szczęście poszerza się świadomość, co pokazuje chociażby frekwencja konwentu komiksu w Łodzi. Dwadzieścia lat temu konwent był w jednej salce, do której z początku przychodziło czterdzieści tych samych osób, a dzisiaj jest na terenie dużego stadionu. Imprez tego typu jest więcej, są wystawy (na przykład wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie w zeszłym roku). Zaczyna głośno mówić się o tym, że film animowany to też jest sztuka. Pewnie może być jeszcze lepiej, ale obawiam się, że film animowany nigdy nie będzie traktowany na równi z aktorskim. Animacja i komiks to, paradoksalnie, trudne w odbiorze rzeczy – trudniejsze niż oglądanie filmu aktorskiego. Wymagają uaktywnienia otwartości i wyobraźni – które wielu ludzi odtrąca w dorosłości.

Wiem, że podczas pracy nad „Panem Żarówką” inspirowałeś się m.in. serialami Nickelodeon – „Renem i Stimpy`m” oraz „Rocko i jego świat”. Masz może ulubione współczesne seriale animowane lub serie komiksowe, które śledzisz na bieżąco?

Seriali oglądam mniej, odkąd urodziły mi się dzieci. Komiksów czytam dużo, przynajmniej się staram. Ostatnio coraz mniej tych suberbohaterskich, bo zaczyna mnie to nudzić. Jeszcze w czasach liceum, kiedy widziałem Batmana z powiewającym płaszczem w heroicznej pozie, to mnie jakoś jarało, a teraz coraz mniej. Poszukuję komiksów, które zaproponują mi coś nowego. Prawie wszystko, co wydaje „Kultura Gniewu” jest dla mnie obowiązkowe. Seria „Ralph Azham” Trondheima, który jest rewelacyjnym autorem, też jest godna uwagi. Uwielbiam komiksy Leo, Junji Ito za fantazję i bezkompromisowość. Z filmów animowanych bardzo mi się podobała trzecia część „Hotelu Transylwania”. Fabuła jest pretekstowa, to nie ma to znaczenia. Jest to tak czysta radość animacji i jest to tak ładne pod względem ruchowym, że aż wyciska łzy w oczach. Bardzo lubię też „Ricka & Morty`ego”. Chciałbym obejrzeć do końca „Spider-Man Uniwersum”. Poszedłem z prawie 6-letnim Guciem do kina, ale on za bardzo się go przestraszył i musieliśmy wyjść po piętnastu minutach. Powstaje teraz mnóstwo filmów animowanych, a zarówno filmy PIXARa, jak i te robione w Europie wyglądają niemalże tak samo. Cieszę się, że zaczyna się robić wysokobudżetowe filmy, który próbują przełamać tę powszechną estetykę. Widzimy to w „Spiderman: Uniwersum” – elementy obrazu są poodrysowywane w animacji rysunkowej i wygląda to super. Ten film będzie starzeć się znacznie wolniej niż szereg PIXARowych klonów. Może to otworzy w mainstreamie drogę do powrotu do technik rysunkowych i rękodzieła. Mam cichą nadzieję, że mój kolejny pełny metraż „Podróż smokiem Diplodokiem”, inspirowany komiksami Tadeusza Baranowskiego, wpisze się w nurt tych nieco bardziej zwariowanych, bawiących się formą filmów.       

niedziela, 23 grudnia 2018

Angelina Angel #11

Każdy przyzwoity autor komiksów powinien w swojej twórczości przemycić swoje alter ego...
Najweselszego świątecznego od Imperatora! :>


niedziela, 27 sierpnia 2017

Jak pośmieszkować sobie na scenie, czyli Polskim Busem W Piękny Rejs

      A dzisiaj Szef Kuchni zacznie żonglować wszystkimi udkami z kurczaka, wyjętymi z zamrażalnika, czyli dla tego artykułu zrobię wyjątek i porzucę okołogeekowską tematykę. Kto wie, może dzięki temu ktoś normalny trafi na tego bloga? (tylko po to, żeby usunąć wejście na tę witrynę z pamięci po tym, jak wrzucę kolejną recenzję jakichś bajek, czy innych książeczek z obrazkami). Nadal jednak będzie to temat, związany niejako z moim hobby i choć z prawdziwym dziennikarstwem mam tyle wspólnego, co XIV Dalajlama z jeżozwierzem, to nadal pozwolę sobie przybliżyć Wam nieco naprawdę ciekawą inicjatywę dla młodych* gryzipiórków właśnie.
Artykuł nie jest sponsorowany przez firmę PolskiBus, aczkolwiek nie da się ukryć, iż w tej chwili jest to w sumie najtańsza i najwygodniejsza opcja, aby przedostać się last minute z punktu A do punktu B a nawet J.

      Teraz zdradzę Wam sekret Wszechświata. W odległych czasach** licealnych zajmowałem się szkolnym Magazynem i część stripów (oraz wywiad z Panem Rysownikiem) były publikowane również tam. Nie traćcie jednak całkowicie poczucia elitarności, ponieważ większość kontentu, umieszczanego na Groteskowcu to nadal ekskluziwy, przeznaczone tylko na bloga. Przeganiając jednak wielką peerelowską miotłą wszelkie dygresje, które tak, czy siak prędzej czy później wrócą, niczym natrętne szczury do starego sera, chciałbym przejść do sedna. Otóż jeden z numerów tegoż pisemka okazał się na tyle przyjemny, iż zdobył wyróżnienie w pierwszej edycji Konkursu Imienia Wojciecha Słodkowskiego na najlepszą realizację dziennikarską, organizowanego przez Akademię Humanistyczno-Ekonomiczną w Łodzi. Pomimo, że informację o finale, mającym odbyć się 30 maja 2017 roku, dostałem na moją zaspamioną skrzynkę mailową niemal miesiąc przed faktem, nie zakładałem, że zostaniemy wyróżnieni i na samą Galę Finałową, odbywającą się w łódzkim studiu filmowym Arterion nie planowałem się raczej wybierać tylko po to, żeby zasiąść w Ławie Przegrywów. Jednak kilka dni przed samym wydarzeniem postanowiłem zwrócić się do Organizatorów z prośbą o zrobienie wyjątku ze względu na niemałą odległość pomiędzy Łodzią a Warszawą i uchyleniu rąbka tajemnicy na temat ewentualnego wyróżnienia w Konkursie bądź jego braku. Gdy otrzymałem odpowiedź pozytywną, dosłownie wieczór przed eventem, czem prędzej wszedłem na stronę Polskiego Busu, by zabukować miejsca w czewonym, jak twarz typowego ojca po wywiadówce pojeździe, który przetransportowałby mnie oraz przykutą łańcuchami do siedzenia przyjaciółkę do Ziemi Obiecanej, jaką było dla nas Miasto Włókiennicze. Torba Darmowych Gadżetów nie powinna przecież wpaść w niepowołane ręce...
"Och, nie... Wszyscy wystroili się jak na pokaz mody Armaniego, czy aby na pewno nie wyrzucą mnie ze studia :?"

     Po wejściu na salę zwróciło moją uwagę to, że wszyscy dookoła zrobili się na bóstwa, a ja wyglądałem jak kulawy Cerber bez jednej głowy. Rzeczywiście nie przyszło mi do głowy, że może to być wydarzenie na tyle uroczyste, że wypadałoby narzucić na siebie chociaż jakąś kujońską koszulę w kratę, skrupulatnie wyprasowaną rzez Babcię, czy coś w tym rodzaju. Mój stres spotęgował się w momencie, gdy ja, na wpół przytomny, niewyspany i przyodziany w niebieski t-shirt, ozdobiony białymi paskami zostałem zaproszony na scenę jako przedstawiciel Redakcji i, co gorsza, poproszony do mikrofonu. Po opowiedzeniu kilku żartów o tramwajach i odebraniu wyczekiwanej Torby (jak również spojrzenia z politowaniem Pani, siedzącej koło mnie, gdy zająłem swoje miejsce) udałem się na jeden z proponowanych warsztatów, coby poszerzyć trochę horyzonty dowiedzieć się, jak się robi w radio. I pomimo, że nie dostaliśmy do przymierzenia wymarzonych przeze mnie radiowych słuchawek, ponad godzinnego wykładu słuchało mi się nader przyjemnie. Po evencie zaś udało mi się zamienić kilka słów z ludźmi nieco bardziej ogarniętymi i zapytać się, czy rzeczywiście w dobie mediów społecznościowych tradycyjny zawód dziennikarza ma jakąkolwiek rację bytu. Jędrzej Słodkowski, dziennikarz Gazety Wyborczej i syn samego patrona Konkursu, czyli Wojciecha Słodkowskiego jest przekonany, że tak. Zaznacza, że "(...) Ten zawód jest bardzo ważnym elementem, zwłaszcza w systemie demokratycznym. (...) a elementem demokracji, nawet tej najbardziej lokalnej, czyli szkolnej są też wolne media." Pan Jacek Grudzień, prodziekan kierunku Dziennikarstwo I Komunikacja Społeczna na AHE, dziennikarz oraz dyrektor łódzkiego oddziału TVP dodaje, że "(...) Dziennikarstwo to nie dinozaur i zawsze będą ludzie, którzy będą szukali treści dobrych, wartościowych, kontekstu... (...) Co nie zmienia faktu, że dziennikarstwo jest teraz w największym kryzysie w historii, jednak natłok informacji i eksponowanie emocji sprawi, moim zdaniem, że ludzie zaczną szukać i takie prawdziwe dziennikarstwo będzie w końcu docenione (...)"
Jędrzej Słodkowski okazał się bardzo sympatycznym, wyluzowanym człowiekiem. Podejrzewam, że tę drugą cechę odziedziczył po swoim ojcu, który, jak sam twierdzi, był bardzo prostolinijny i stronił od patosu.
     Co moi rozmówcy radzą aspirującym dziennikarzom? "Pisać, nagrywać tworzyć..."- zaczyna Jacek Grudzień - "Szukać przede wszystkim tematów, mieć otwartą głowę, no i bawić się tym, żeby to sprawiało frajdę przede wszystkim uczniom." Jak zatem osiągnąć sukces w przyszłorocznej edycji Konkursu? "Jeżeli jest już gazeta i jeżeli ludzie chcą za nią płacić i chcą ją czytać, to znaczy, że ta gazeta spełnia swoją funkcję." Organizatorzy już wstępnie zapowidzieli kolejną edycję Konkursu Imienia Wojciecha Słodkowskiego. Jako, że jedna moja noga, tkwi już w grobie, gorąco zachęcam wszystkich licbusów do zainteresowania się eventem i spróbowania swoich sił, a Organizatorom jeszcze raz dziękuję za Wyróżnienie i zaroszenie na Galę.

Naczelny Buc Stolicy
Imperator Groteskowiec

*Naprawdę nie udaję, że zakładam, iż jakakolwiek poważna, dorosła osoba zechciałaby wejść na tę stronę ;)
**Czyt. niespełna trzy miesiące temu

niedziela, 30 lipca 2017

Jak Będzie na Komiksowej, czyli MFKa w wersji mini

     Cóż... Maj nie jest najlepszym miesiącem w roku. Wszyscy maturzyści (tegorocznym był akurat Imperator Groteskowiec) łączą się w bulu i nadzieji podczas wypełniania czarnym* jak myśli przeciętnego abiturienta atramentem kompletnie niewymiernych szarad, zwanych Najważniejszymi Egzaminami W Życiu. Alergicy świętowali początek sezonu (a to niespodzianka! Imperator znajduje się również w tym zacnym gronie i niemal zakichał się na śmierć - niech to będzie wytłumaczenie dla zastoju na blogu). To również czas opróżniania portfeli (kolejna ciekawostka - Imperator nie miałby nawet za bardzo co opróżniać oprócz sterty paragonów i starych biletów) - jeśli masz za dużo zielonych, to z pewnością Komunia bratanka syna byłego męża Babci, którego nigdy w życiu na oczy nie widziałeś, Ci w tym pomoże. Jednak każdy choć trochę zorientowany w polskiej scenie komiksowej lub nie będący wtórnym analfabetą na pewno kojarzy, iż zbędnych papierków z łatwością można się pozbyć na Warszawskich Targach Książki.
Warszawskie Targi Książki odbywały się tradycyjnie (już) na Stadio... Pardon! PGE Narodowym ;) Zapewne starsi Komiksowi wyjadacze (w tym autor tego zdjęcia) i mole książkowe pamiętają, iż przed 2013 rokiem odbywały się po drugiej stronie Wisły, a konkretnie w miejscu, będącym synonimem serca stolicy, czyli Pałacu Kultury i Nauki.

      Ja, jako, że groszem nie śmierdzę (w przeciwieństwie do wielu pasażerów komunikacji miejskiej używam antyperspirantu, żeby nie wydzielać także różnych innych zapachów, co również jest kolejnym niewątpliwym urokiem lata), zwróciłem się z prośbą o akredytację medialną do organizatorów Festiwalu. Została ona rozpatrzona pozytywnie, więc czym prędzej wydrukowałem przesłany przez Panów od Książek identyfikator, na tyle starannie, na ile pozwalają mi moje wątpliwe zdolności plastyczne nakleiłem na kartonik od bloku rysunkowego - całość przyczepiłem do wysłużonej smyczy, przyozdobionej wizerunkami postaci z Cartoon Network. Przekraczając progi głównej bramy, czułem się jak VIP i wielka gwiazda blogosfery, kiedy ochroniarz zeskanował swoim Magicznym Pikaczem QR Code, umieszczony na prowizorycznej legitymacji (na której ktoś ewidenetnie popełnił błąd i nazwał mnie "blogerem"). Dobrze, że nikt nie wyrwał mnie z iluzji bycia nadczłowiekiem i wielkim literatem, przechadzającym się wśród stoisk, nad którymi pieczę sprawują prości kmiecie, składający mu hołd. Pomimo, że część z nich wręcz kręciła nosem na widok mojego portfela wypełnionego zawartością przeciętnego balona (i nie piszę tutaj o tych z wodą), nadal czułem się jak Pan i Władca Stadionu, dzierżący kartonikową przepustkę do Krainy Wiecznego Szczęścia.

Jak zwykle zaprezentowano wiele nowości... Jednym z nich było polskie wydanie Studia JG komiksu na podstawie arcydzieła Genndy`ego Tartakovsky`ego , czyli Samuraia Jacka. Pierwsza część oczywiście zdobi już moją półkę. Jeśli natomiast poczujecie niedosyt po przeczytaniu, gorąco zachęcam do obejrzenia nowego, V sezonu serii, wyprodukowanego dla [adult swim] :)

     Czem prędzej udałem się zatem na Komiksową część eventu (bo kto by sobie zawracał głowę książkami**). Moją uwagę od razu przykuł darmowy komiks Polska Mistrzem Polski, będący antologią pasków autorstwa Rafała Skarżyckiego i Tomka Leśniaka***, drukowanych na łamach Dużego Formatu. Jak się później okazało wywołał on niemałe kontrowersje i emocje, które sprawiły, że stołeczny ratusz wycofał swoje dofinansowanie na Festiwal. Abstrahując od sfery światopoglądowej, same to działanie uważam za irracjonalne obnażenie ignorancji urzędasów, którzy nawet nie zapoznają się z treścią pozycji, wydawanych za pieniądze Ratusza i stosunku do komiksu w Polsce w ogóle. Faktem jest, że chłopaki niekiedy nie wyrabiali się na zakrętach, jadąc zbyt szybko po torze wyścigowym i przy tworzeniu kilku pasków faktycznie stracili poczucie dobrego smaku i po prostu, humoru, ale na pewno nie posunąłbym się do nazwania całości publikacji "oburzającą", wręcz przeciwnie, uważam, że wyważony autokrytycyzm jest jak najbardziej w porządku, a wycofywanie dotacji na event, który zyskał już pewną renomę jest, moim zdaniem, aktem "widzimisię" Ludzi U Władzy (a najpewniej w ogóle ich wasali). Miejmy przynajmniej resztki nadziei, że nie oznacza to końca całego Festiwalu... Na pewno moja skromna osoba, która nie mogła finansowo pozwolić sobie na duże wsparcie wystawców nie przyczyniła się do zmiany tej wizji na bardziej optymistyczną. Zakupiłem naprawdę pięknie narysowany i bardzo przyjemny menuar autorstwa Wandy Hagedorn, dotykający kwestii obrony praw kobiet. Z samą scenarzystką odbyło się spotkanie autorskie podczas sobotniego dnia festiwalu i ubolewam jedynie nad faktem, że nie mogłem być wtedy obecny. Jeśli chodzi o prelekcje, na których obecny byłem zarówno fizycznie, jak i duchowo, to jednym z ciekawszych spotkań był bez wątpienia wykład na temat komiksu na świecie (m.in. czeskiego, czy argentyńskiego), odbywający się drugiego dnia Festiwalu, czyli w piątek. Niezwykle kompetentny prowadzący, dzielił się z zainteresowanymi swoją ogromną wiedzę, zdobytą podczas licznych podróży i przy okazji pokazał kilka "próbek" takowych egzotycznych komiksów. Na imprezę, rzecz jasna, tradycyjnie już przybył m.in. Tony Sandoval, meksykański twórca komiksów, znany m.in. z Węża Wodnego, która to pozycja (opatrzona autografem samego Autora) zdobi moją półkę, a także Dave McKean, twórca komiksów i ilustrator, znany m.in. jako twórca okładek do serii Swamp Thing.

Na tej nudnie... Erm... Głównej części Targów też sporo się działo. Wśród zaproszonych gości znalazł się m.in. Pan Wojciech Cejrowski. I, rzecz jasna, pojawił się tradycyjnie boso :>


     Moją, trzecią już wizytę, na Festiwalu Komiksowa Warszawa uważam za naprawdę udaną. Mój optymizm i dobry humor zepsuły niestety wieści o wycofaniu dotacji, lecz nadal żywię nadzieję, że zawitam na Stadion Nardowy również za rok (bo przecież ja tam tylko chodzę na konwenty, a nie na mecze). Kto wie, może kiedyś wygłoszę tam własną prelekcję... :V
Czym się i miłych wakacji!
Imperator Groteskowiec


Za fotorelację ślicznie dziękuję Tommy Gunowi z Tommy Gun Bloga. Gość również siedzi w podobnej tematyce, ale merytorycznie idzie mu sporo lepiej ode mnie, więc jeśli już na dobre będziecie znużeni moimi pseudointeligenckimi wywodami, to wiecie, do kogo wpadać :>
http://www.tommygun.com.pl/

*Jeśli się do tego nie ustosunkują to wiedzcie, że jest nieciekawie...
**Powiedział świeżo upieczony absolwent renomowanego humanistycznego Liceum :?
***Tak to Ci goście od Jerza Jerzego! 

sobota, 4 marca 2017

Rysownik Indagowany, czyli kilka słów od Marka "Pana Rysownika" Pawelczyka

     Doczekaliście się! Dzisiaj wyjątkowo, po raz pierwszy od ponad dwóch lat istnienia tego bloga wstawię dobry tekst. Bo jak ma nie być dobry, gdy jest to niedługi wywiad z O TAAAAAKIIIIIIIM gościem z TAAAAAAAKĄĄĄĄĄ długą, majestatyczną brodą! :0 Automatycznie odwalił większość roboty za mnie, czyli dzięki Bogu nie muszę Was katować moim grafomańskim słowotokiem. Przed Państwem Marek Pawelczyk, czyli Pan Rysownik, któremu życzę wszystkiego najbrodatszego z okazji dzisiejszych urodzin :>

MAREK PAWELCZYK - W Internecie znany pod pseudonimem Pan Rysownik. Z wykształcenia jest pedagogiem oraz socjologiem, z zawodu specjalistą od mediów społecznościowych, a z zamiłowania zaś rysownikiem. Współpracował m.in. z serwisem Wiedza Bezużyteczna oraz z Cartoon Network, przy realizacji projektu Studio Wyobraźni.
Imperator Groteskowiec: Jakim typem osoby byłeś w liceum? Bliżej było Ci do skrytego w sobie nerda, czy nie raz brylowałeś na parkiecie?
Pan Rysownik: Oj, zdecydowanie byłem typowym nerdem. Ogrywałem mocno papierowe gry RPG, całe dnie spędzałem na czytaniu książek i komiksów oraz ewentualnym rysowaniu. Można powiedzieć, że brylowanie na parkiecie było ostatnim co siedziało mi w głowie. <śmiech>

IG: Kiedy zaczynałeś swoją przygodę z rysunkiem? Czy opanowanie go na bardzo wysokim poziomie ułatwiały Ci wrodzone predyspozycje, czy w Twoim przypadku była to kwestia długiego i żmudnego ćwiczenia?
PG: Wiesz, z rysowaniem zaczyna każdy w młodym wieku. Po prostu część gubi to zainteresowanie z czasem, a inni postanawiają dalej to rozwijać. Ja... raczej pogubiłem się ze swoim zamiłowaniem do rysunku. Do około 21 roku życia byłem naprawdę słaby w rysowaniu, wiele utalentowanych osób z końca podstawówki i początku gimnazjum rysuje całe mile lepiej niż ja wtedy. Bo nigdy nie byłem utalentowany w tej kwestii, po prostu. Jestem chyba niezłym przykładem tego, że wszystkiego można się nauczyć, a talent to tylko drobny plus na starcie. Po dziś dzień spędzam długie godziny na podglądaniu zdjęć czy rysunków innych artystów, aby zrozumieć dlaczego podjęli konkretne wybory przy cieniowaniu postaci, czy jak działa prezentowanie emocji w japońskich komiksach. W tym chyba siedzi cała zabawa.


IG: Jesteś absolwentem Socjologii oraz Pedagogiki na Uniwersytecie Szczecińskim - czy umiejętności oraz wiedza, zdobyte na studiach przydają Ci się w pracy?
PG: To trochę skomplikowane pytanie. Jako Pedagog, bardzo chciałem pracować z dziećmi specjalnymi, tymi obdarzonymi umiejętnościami rozumienia pewnych rzeczy wykraczającymi poza ich grupę wiekową. Przykładem niech będzie chłopiec z którym pracowałem, który w drugiej klasie szkoły podstawowej był z matematyki na poziomie drugiej gimnazjum. Problem w tym, że nikt w naszym kraju nie finansuje pomocy dla takich dzieci, więc musiałem porzucić tę ścieżkę. Skierowałem więc swój wzrok ku mediom społecznościowym, zostając magistrem Socjologii. Tutaj poszło lepiej, dzięki znajomości narzędzi i tego jakie memy młodzi łykają, agencje były chętne do oferowania mi posady Specjalisty ds. Mediów Społecznościowych i Marketingu. Zapewne jednak myślałeś, że moja praca ściślej związana jest z rysunkiem, ale... z zarabianiem z samego rysunku jest bardzo ciężko w naszym kraju. Niewiele firm potrzebuje rysowników, wiele stawia na grafików - a raczej nie byłem wielkim fanem sklejania ulotek i bannerów całymi dniami. Dlatego póki co można powiedzieć, że chyba nie, studia nie pomogły mi w pracy, którą kocham najbardziej - pomogły jednak znaleźć inną, a media społecznościowe nie są takie złe. <śmiech>


IG: Zdarzyło Ci się nawiązać współpracę m.in. z Wiedzą Bezużyteczną. Czy mógłbyś opisać, na czym dokładnie ona polegała?
PG: W Wiedzy Bezużytecznej zacząłem swoją pracę, gdy Dawid dopiero otwierał biuro w Krakowie i kompletował zespół. Pomagałem tam w stworzeniu serwisu popularnonaukowego Wiedzoholik, pisaniu artykułów i zarządzaniu społecznością na tym serwisie, jak i łapaniu ciekawych okazji. Jedną z nich była nasza współpraca z Woodstockiem, w ramach której stworzyłem odpowiednią podstronę i zamieszczałem związane z Festiwalem ciekawostki podczas jego trwania. Później zostałem już tylko, żeby stworzyć ilustracje do książki Wiedza Bezużyteczna, po czym kontrakt został skończony, a ja poszedłem szukać szczęścia dalej. <śmiech>


IG: Co radziłbyś młodym ludziom, których twarz przyozdabia wyimaginowana broda Pana Rysownika, chcącym złączyć swoją przyszłość z pracą w social media?
PG: Oho, to chyba moje ulubione pytanie. Wielu młodych, w tym Brodaczy, nie zdaje sobie sprawy jak interesującym i bogatym tematem jest praca w mediach społecznościowych. Zawsze potrzebne są młode i utalentowane osoby, gotowe do żonglowania różnymi tematami, załatwiania klientów i wymyślania ciekawych kampanii reklamowych. Podobają Ci się zabawne obrazki wrzucane przez polski Media Markt na Fejsie? Podziękuj agencji, którą wynajęli do tego i która wpadła na pomysł reklamowania sieci w ten sposób. Nawet Polski Bus czy Biedronka to zagraniczne firmy, które dzięki poradom specjalistów, odpowiednio się "spolszczyły", aby lepiej dotrzeć do klientów. Zacznij powoli, od otwarcia swojego bloga, z profilem na Fejsie - testuj funkcje umieszczania reklam, jak działają zasięgi, poczytaj o tym trochę. Jeżeli będziesz odnosić sukcesy na własną rękę - agencje wezmą to jako najlepszy dowód Twojego obycia w mediach społecznościowych i chętnie zaproponują posadę na start. Jednak znajomość podstaw programów graficznych czy języka angielskiego to absolutna podstawa!


Jeszcze raz bardzo dziękuję Markowi za poświęcony czas, a Was proszę, byście modlili się, Aby nie był to ostatni Supergość, który się na takowy zgodził. W przeciwnym wypadku mogę zaoferować Wam jedynie moje wypociny!

Brodatego samego wszystkiego,
Gryzipiórek Groteskowiec

czwartek, 26 stycznia 2017

KOMIKS: PFYIAŹŃ Część 2

Jest czwartek? Jest. Jest druga część komiksu? Jest. Nigdy nie rzucam wiatru na słowa, czy innej kapusty na pole.




Och, jak cudownie, przeczytaliście wszystko, możecie przybić pjonę Dziadkowi albo Ciotce Gertrudzie!

Całuski
Wujek Groteskowiec

czwartek, 19 stycznia 2017

KOMIKS: PFYIAŹŃ Część 1

      Nowy Rok to idealny czas na przeszukiwanie odmętów komputerowego dysku w poszukiwaniu cennych skarbów. Niestety nie udało mi się tego dokonać i odkopałem jedynie komiks, rysowany w Wakacje 2015 roku. Zdradzę Wam, że fabułę wymyśla się najprzyjemniej podczas przemienia długiej drogi schodami na szczyt wodnej zjeżdżalni. Otwieram Groteskowy Sezon pierwszą częścią Komiksu PFYIAŹŃ!







Czy Elfik odnajdzie przyjaciela? Czy na serio myśleliście, że ten komiks będzie dłuższy niż 6 stron (licząc z okładką)? Czy kiedykolwiek zacznę wrzucać posty regularnie?

Na to jedno, pierwsze pytanie odpowiedź poznacie już w następny czwartek. Jeśli serio chcecie znać odpowiedź na pozostałe, to se idźcie do wróżki albo zapytajcie Pana Spinacza.

Ahoj ahoj
Imperator Groteskowiec

środa, 31 sierpnia 2016

Atomówki 2.0. - czy warto było czekać?

     "Cukier, słodkości i różne śliczności(...)" - jeśli istniałaby inna sentencja, która byłaby w równym stopniu wryta w pamięć miażdżącej większości Zetów, to zdecydowanie bliżej mi do Umberto Eco, niż do wiewiórki, stukającej w losowe klawisze na dogorywającej swoich dni klawiaturze komputera. Atomówki, mające premierę w roku 1998, czyli osiemnastkowa popijawa jest już dla nich jedynie wspomnieniem, stały się absolutnym hitem stacji Cartoon Network, uzyskując status jednej z najbardziej flagowych produkcji kreskówkowego kanału Turnera obok m.in. Laboratorium Dextera, czy Johnny`ego Bravo. Oto okazało się, iż po niezwykle długiej nieobecności na antenie wracają z hukiem w nieco odświeżonej wersji. Jednak, czy w pełni oddaje ona klimat oryginalnych The Powerpuff Girls?
Ten kędzierzawy facio na zdjęciu to nikt inny jak Craig McCracken - twórca oryginalnych Atomówek oraz przecudownego Domu dla Zmyślonych Przyjaciół Pani Foster. Nie bierze on jednak udziału w produkcji nowej odsłony serialu o trzech dzielnych młodocianych superbohaterkach. Pod koniec pierwszej dekady XX wieku zdecydował się odejść z Cartoon Network* na rzecz Disneya, dla którego stworzył bardzo przyjemny W tę i nazad. Plotka, iż pracuję nad swoim pierwszym pełnometrażowym kinowym filmem została przez niego potwierdzona na Twitterze kilka miesięcy temu.

     Oczywiście, że nie. Wychodzę bowiem z założenia, iż nie to było celem stworzenia remake`u oryginalnych Atomówek.
Zapewne niektórzy z Was wiedzą, iż pierwowzorem Atomówek jest kilkuminutowe dzieło Craiga McCrackena pt. Whoopass Stew. Jak możecie się domyślić po tytule, Craig nie miał na celu stworzenia typowego serialu dla dzieci, lecz raczej niekonwencjonalnej parodii filmów superbohaterskich, przeznaczonej dla nieco starszych widzów.

      Kwestia tego, czy jest to serial udany pozostaje sporna. Faktu, iż w stosunku do oryginału doszło wiele zmian zdecydowanie kontrowersyjnym nazwać się nie da. Jednym z nich jest brak postaci Panny Sarah Belli, której na skutek ciężkiej, codziennej pracy u Burmistrza (on nadal w serialu jest - równie głupkowaty i sympatyczny, co w oryginale) nagromadziło się kilka tysięcy dni urlopu. (sic!) I zdecydowanie nie zanosi się, by z niego prędko wróciła. Twórcy wyszli z założenia, iż jej postać nie współgra z przekazem, jaki ma nieść ze sobą nowa seria, który to pomysł nie spotkał się zbyt przychylnymi opiniami odbiorców. Muszę powiedzieć, iż również znajduję się w tym oburzonym gronie - w starszych Powerpuffsach wielokrotnie udowadniała ona, iż dzięki swojej inteligencji oraz życiowej mądrości może być kolejnym, obok Profesora Atomusa, ważnym dla dziewczynek autorytetem. Ponadto, sporą zmianą jest zupełnie nowa obsada, wcielająca się w tytułowe Atomówki, zarówno w wersji oryginalnej, jak i zrealizowanej przez SDI Media Polska rodzimej wersji językowej, którą uważam za udaną, a w w oryginale nie dopatruję się zbytniego zgrzytu.


     Przy ocenie całokształtu serialu chciałbym podkreślić jedną istotną rzecz - zdecydowanie nie jest on utrzymany w formule, do której zostaliśmy przyzwyczajeni przez pozostałe świeże produkcje ze stajni Cartoona. Nie znaczy to, iż jest gorsza. Jednak nie wiem, czy jako Stary Zgred i Prawie-Zombiak mogę czuć się targetem nowych Atomówek. Odnoszę bowiem wrażenie, iż nie miał on za zadanie celować w żyjących nostalgią Dziadów z jedną nogą schowaną już w grobie**, a przedstawić stworzone dobry już kawał czasu temu postaci młodemu pokoleniu. Najnowszemu The Powerpuff Girls nie obca jest dynamika, czy osławione już żarty z memów. Odnoszę również wrażenie, iż same dziewczynki są ukazane jako już nieco starsze panienki niż w oryginale i, co uważam za bardzo duży plus, nabrały więcej charakteru - Bajka jest bardziej asertywna, Brawurka - pyskata i bezpośrednia, zaś cechy przywódcze Bójki zostały wyraźniej podkreślone. Kolejne epizody, pozbawione ciągłej linii fabularnej, są całkiem przyjemne w odbiorze, natomiast nie uważam, by niezwykle często zachwycały mnie szczególną błyskotliwością, czy nietuzinkowym pomysłem.

     Nowe Powerpuffsy to sympatyczne oglądadło. Wątpię jednak, iż zdoła sprawić, iż przeciętny odbiorca spędzi z nosem przy ekranie więcej niż parę godzin, a oglądanie powtórek może być w tym przypadku nużące. Zachęcam jednak do poświęcenia Atomówkom swojego czasu i przekonania się, czy taka formuła Wam pasuje!

Papatki, mokre gatki!
Imperator Groteskowiec
*Najprawdopodobniej nie spodobały mu się ich NIEKTÓRE POMYSŁY...

**Należy wyraźnie podkreślić, iż owa noga w znaczącym stopniu umożliwia wyjście z wyżej wymienionego gobu i spokojne obejrzenie serii, więc tak w sumie... Meh, łotewe...

czwartek, 4 sierpnia 2016

We Bare Bears - Między nami, to bardzo przyjemny serial

     Ktoś, kto nadal zawzięcie twierdzi, iż na tym dzisiejszym Cartoon Network nie ma co oglądać, powinien, moim skromnym zdaniem, wylądować w śmierdzącej pace o rygorze tak zaostrzonym, jak ołówek po wyjęciu z elektrycznej temperówki. I to takiej z górnej półki! W momencie kiedy Między nami, Misiami dołącza do pocztu flagowych produkcji stacji, Cartoon Network Studios sprawuje aktualnie pieczę nad pięcioma, naprawdę jakościowo świetnymi produkcjami i jedną miniserią, a dziecko jego dużo młodszego, europejskiego kuzyna - Cartoon Network Development Studios Europe, czyli nowatorski sitcom, łączący tradycyjną kreskę z CGI pt. Niesamowity Świat Gumballa rozwija się wzorcowo, jak podręcznik o wychowaniu nakazuje. I czy naprawdę żyjemy w tak ciekawych czasach, by premierę miała kolejna, trzymająca poziom, produkcja?

Twórca serialu, Daniel Chong, nie jest naturszczykiem! Gość ma za sobą pracę dla PIXARa, Nickelodeon, Studia Blue Sky oraz Illumination Entertainment!
     Stare chińskie porzekadło* jest dla nas nadzwyczaj łaskawe. We Bare Bears to bowiem twór nadzwyczaj przyjemny dla oka, ucha i wszystkich pozostałych, mniej ważnych zmysłów. Ponadto, powinien on zadowolić zarówno maniaków nostalgii, jak i smakoszy cartoonowego nowatorstwa.
Fabuła serialu, a także projekty protagonistów są luźno oparte na webcomicu autorstwa Chonga właśnie, pod bliźniaczo podobnym tytułem The Three Bare Bears. Nie cieszył się on jednak oszałamiającą popularnością i ostatecznie spod pióra Chonga wyszło jedynie 10 odcinków tejże serii.
     Protagonistami kreskówki są trzej bracia-misie - wstydliwy oraz niezbyt pewny siebie Panda, lakoniczny Lodomir oraz przebojowy Grizz, będący liderem drużyny (cóż, nie bez powodu DOSŁOWNIE góruje nad dwoma pozostałymi braćmi). Głównym tematem poszczególnych, niezbyt powiązanych ze sobą epizodów serii są próby asymilacji trzech futrzaków z naczelnymi z rodziny człowiekowatych. Jesteśmy zatem świadkami prób viralowego zaistnienia w sieci tego osobliwego tria, wirtualnej randki Pandy, która ostatecznie przeradza się w zauroczenie wszystkich niedźwiadków, czy pozornie zwyczajnej wizyty w kinie, którą to osobliwe rodzeństwo uczynia interwencją grupy ninja. Slice of life`owa tematyka serialu może nam przywołać na myśl inną flagową produkcję Cartoona, a mianowicie Clarence`a, jednak w przypadku We Bare Bears konfrontacja trzech barwnych osobowości z otaczającym światem daje dużo lepsze efekty niż we wspomnianym wyżej serialu - nie trudno bowiem nie odnieść wrażenia, iż targetem kreskówki o miśkach są widzowie nieco starsi, niż ci, którym bardzo spodobałaby się kreskówka o różowoskórym chłopcu i jego dwóch dziwacznych kumplach - nie mniej uważam, iż to porównanie nie jest całkowicie pozbawione racji bytu.

Odcinek pilotażowy, którego to widzom oryginalnego Cartoon Network nie było, o dziwo, dane nadal zobaczyć** zawiera wiele nawiązań do oryginalnego webcomicu - jednym z nich jest sposób przedstawiania się protagonistów, który jest identyczny, do tego zaprezentowanego przez owych jegomości w pierwszym dziele Chonga.
     
       Nie da się ukryć, że elementem, który w najbardziej znaczący sposób wyróżnia Między nami, Misiami na tle innych jest stonowany bieg akcji i stronienie od epatowania surrealistycznymi żartami i ekscentrycznością, tak charakterystycznymi dla większości najnowszych seriali animowanych - nie ukrywam, iż niedyskretne i nadmierne ich eksponowanie może być uciążliwe, którego to zarzutu najchętniej używają zagorzali przeciwnicy cartoonowych nowinek i moi ukochani nostalgiczni naziści. Z ręką na moim labradorycie we wnętrzu klatki piersiowej przyznam, że w tym przypadku przynajmniej częściowo ich rozumiem. Rzadko bowiem zdarza się, by ktoś ubóstwiał kreskówki, które ostentacyjnie starają się udowodnić, jak bardzo są zbzikowane, jednak ostatecznie zamiast pozytywnie zakręconego ekscentryka zaczynają przypominać Wujka Mietka, starającego się zabawiać domowników żartami o kupie podczas rodzinnego obiadu.*** Rzecz jasna, wiele kresek robi to dobrze - jako najbardziej banalny przykład mogę podać Adventure Time (wcześniejsze sezony), czy Regular Show, lecz czasami naprawdę przyjemnie zasiąść do oglądania serii, która, pomijając fakt uczynienia jej protagonistami gadających miśków stara się być bliżej Ziemi niż Księżyca, czy tam jakiegoś innego Plutona. Kolejną przyjemną rzeczą w We Bare Bears są sami bohaterowie, z wyraźnie zarysowanymi charakterami, którzy, no cóż... sami w sobie są po prostu nadzwyczaj uroczy i mam w nosie to, że Grizz, by się obraził, gdyby to o sobie usłyszał. Największym słodziakiem jest zdecydowanie Panda, jednak moim osobistym faworytem ze względu na fakt, iż to właśnie z nim jestem w stanie najbardziej się utożsamić jest Lodomir. Skoro nawet taki potwór jak ja darzy sympatią tych trzech huncwotów i urwipołciów, to hej! No jak można ich nie lubić?!
Rzecz jasna, w serialu pojawiają się również nie-futrzani bohaterowie - na obrazku powyżej widzicie Chloe genialną 10-letnią studentkę uniwersytetu, której przyjaźń z Miśkami jest wynikiem próby przeprowadzenia projektu o tych futrzakach właśnie. Uważni widzowie zauważą, iż w odcinku, będącym debiutem tej nieśmiałej dziewczynki, na ekranie telewizora w jej pokoju nie leci nic innego niż Adventure Time.
     Szansa, że We Bare Bears nie przypadnie Wam do gustu jest porównywalna do tej, na napisanie przeze mnie przyzwoitego tekstu na bloga, więc... Ahoj, przygodo! Piloty w dłonie, w stopy, czy jak kto woli i do oglądania!

Wasz Wujek Mietek
Imperator Groteskowiec

*Obyś żył w ciekawych czasach...
**A po polsku to już tak! O TUTAJ!
***Mówi Wam coś TEN przeuroczy tytuł? ;)

sobota, 16 lipca 2016

Bardzo Fajny Film! - kilka słów o The BFG

      Jestem głęboko przekonany, że nawet ci najbardziej sceptyczni wobec hollywoodzkich produkcji jegomoście nie będą mieć zbyt wielkich oporów przed nazwaniem Stevena Spielberga Człowiekiem Sukcesu - jest szczęśliwym ojcem gromadki niezwykle udanych dzieciaków, takich jak E.T., Jurassic Park, czy seria filmów o Indianie Jones`ie, z którymi obycie jest obligatoryjne nie tylko dla zagorzałych kinomanów, ale dla każdego, kto nie chce wyjść na freak`a, siedzącego w zamrażalniku przez ostatnie kilkanaście lat.* Fani animacji (w tym ja) cenią go za bycie dowódcą armii, biorącej udział w wielkiej bitwie przeciwko Animacyjnemu Gettu** z amunicją w postaci takich perełek jak Animaniacy, czy Pinky i Mózg - błyskotliwych i nowatorskich kreskówek, które, nawiązując do najstarszych tradycji Warner Bros udowodniły, że animacja nie jest grzechotką dla dzieciaczków, a dobrym autem, z którego uciechę może mieć zarówno Tata, jak i Mały Franio. No i proszę! Niespełna tydzień temu spotkałem kolegę Steve`a z kolejnym uroczym bobaskiem w wózeczku.*** Ach, jaką miał radochę! I ja też.

Spielberg jaki jest, każdy widzi. Im starszy, tym bardziej majestatyczny, moim skromnym zdaniem :3 Jak on to robi?


     Mowa, rzecz jasna o BFG - Big Friendly Giant, czy Bardzo Fajnym Gigancie, którym to polskim rozwinięciem skrótu niezwykle sprytnie wybrnęli tłumacze. E.T. dla młodego pokolenia - hasełko reklamowe produkcji - jest całkiem trafne, a sam obraz był dla mnie niezwykle miłym zaskoczeniem.

Co ciekawe, fabuła filmu oparta jest na powieści dla dzieci Pana Roalda Dahla (tak to ten gość od Charliego i Fabryki Czekolady) pod tym samym tytułem. W polskim tłumaczeniu nie mamy jednak w tym przypadku do czynienia z Bardzo Fajnym Gigantem a całkiem uroczym Wielkomiludem.

     Protagonistką The BFG jest młodziutka lokatorka londyńskiego przytułku o imieniu Sophie, w którą wcieliła się dwunastoletnia Ruby Barnhill - był to dla niej, całkiem przyjemny, moim zdaniem, debiut na wielkim ekranie. Pewnego dnia budzi się i widzi olbrzymiego jegomościa o niezwykle specyficznym wyglądzie, który zabiera ją do miejsca o niezbyt oryginalnej nazwie, jaką jest Kraina Olbrzymów. Osobliwy stwór, przedstawiający się jako Bardzo Fajny Gigant (który nie bez powodu jest bliźniaczo podobny do Marka Rylance`a) różni się jednak od innych dryblasów - jest raczej typem poczciwca, któremu niespieszno do utożsamiania się z pozostałymi, w większości leniwymi i ociężałymi umysłowo kolosami, ciągle spragnionymi najbardziej wykwintnej potrawy, jaką są w ich mniemaniu Ziemniaki, którym to zgrabnym, eufemistycznym (I mniam! Nad wyraz smakowitym!) określeniem nazywają ludzi - ponadto, co ciekawe, tytułowy drągal bez skazy pała się dość oryginalnym zajęciem, którym to terminem bez wątpienia można nazwać wdmuchiwanie snów do ludzkich umysłów za pomocą specjalnej trąbki. Przy pomocy tegoż właśnie przedmiotu zamierza on ostrzec nieletnią okularnicę i uświadomić jej, jak niebezpieczne byłyby skutki spotkania bliższego stopnia z olbrzymimi bestiami, "wdmuchując" jej do małej główki koszmar, którego treścią jest jej ucieczka z domu Bardzo Fajnego Giganta, kończąca się natrafieniem na tych mniej fajnych olbrzymów, co ostatecznie doprowadza małoletnią do utraty owej małej główki. Jak zareaguje Sophie? I czy ów koszmar okaże się snem proroczym? I co ma z tym wszystkim wspólnego angielska Królowa?

Nie wiem jak Wy, ale JA nie chcę mieć na głowie Prawników Stevena Spielberga i procesu, który wytoczyliby mi za zdradzenie całej fabuły milionom (ha ha!) czytelników Groteskowca.
Mark Rylance, który wcielił się w rolę BFG jest dobrym kumplem Stevena Spielberga. Ubiegły rok był dla niego przełomowy - otrzymał wówczas Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego oraz nagrodę BAFTA również w tej samej kategorii dzięki współpracy ze Spielbergiem właśnie, przy produkcji pt. Most Szpiegów. Od tamtej pory, jak sam zresztą przyznaje, jest bardziej rozpoznawany i dostaje więcej propozycji udziału we wszelakich produkcjach.

     Co mnie najbardziej urzekło? Cóż, uważam, że zdecydowanie sama kreacja Rylance`a zasługuje na duże uznanie. Nie mam oporów przed stwierdzeniem, iż Bardzo Fajny Gigant wygląda nadzwyczaj fajnie oraz gigantycznie i nie ma potrzeby  wydawania dużej ilości pieniążków na wersję 3D, by w pełni nacieszyć się oprawą wizualną produkcji.**** Fabuła, oparta na powieści Dahla jest zaś urocza i muszę się Wam przyznać, że mnie, jako kawał starego zgreda, chwyciła za ten labradoryt we wnętrzu klatki piersiowej, który mam zamiast serca.***** Ojeju, tam jest sympatyczny olbrzym, i przyjaźń i kolory... Czego chcieć więcej do szczęścia?****** 

     
Nawet plakaty, reklamujące film nie kryją faktu, iż The BFG aspiruje do bycia następcą kultowego E.T. Jakkolwiek nostalgiczne dziady zapewne tego nie zaakceptują, ja nie należę akurat do TEJ grupy starych pryków******* i wychodzę z założenia, że produkcja The BFG  była dla Spielberga dużo bardziej korzystna niż potencjalne wypuszczenie remake`u lub sequelu owej klasyki science-fiction. Wtedy to dopiero ta grupa fanatyków (która swoją drogą, skrzyknęłaby się telefonicznie lub SMSowo za pomocą starych Nokii, bo przecież sołszal midia to zuo) rzuciłaby się z kłami na Spielberga, niczym Wściekły Tłum na zakłamanego polityka.
          Nie macie pomysłu, jak spędzić taki Zwyczajny Wakacyjny Dzień Roboczy W Mieście? Chcecie na własnej skórze przekonać się, czy rzeczywiście mamy w tym przypadku do czynienia z E.T. dla młodego pokolenia. Cóż, zatem wybranie się na Bardzo Fajnego Giganta brzmi, jak dobra rzecz do zrobienia! Trzymajcie się ciepło, nie poutapiajcie w morzach i nie zbaczajcie z górskich szlaków, ogółem bezpiecznego wypoczynku!********

Na zawsze po Ciemnej Stronie Mocy
Imperator Groteskowiec

*Znam takich... Brrr... Uwierzcie mi, oni się przez ten czas nie myli, a żyją w ułudnym przekonaniu, że kilkakrotne pokrycie całego ciała najtańszym dezodorantem załatwi sprawę - zapach zmrożonego potu w połączeniu z tą tandetną perfumą to w opór słaba zabawa...

**To moje rodzime łanabi tłumaczenie. W oryginale Animation Age Ghetto. Pożyczyłem termin od stronki TV Tropes. Oznacza on błędne przekonanie, że wszystko to, co jest animowane należy się dzieciom (i TYLKO dzieciom) jak psu buda i ogólnie sceptyczny stosunek wobec tej dziedziny sztuki. Jeśli macie kilkanaście lat, a znajomi raczą Was krzywym spojrzeniem w momencie, gdy wspominacie coś o kreskówkach, to wiecie, o czym mówię ;)

***Człowiek Sukcesu, ale niestety pantoflarz!

****Można je wydać na jedzonko do kina. Albo na Breloczek Z Przerażającym Bobasem!

*****I nadal nie chce puścić... AAAaaaała! Zna ktoś jakiegoś dobrego chirurga? ;_____;

******Na pewno więcej wyświetleń Groteskowca, żeby następnym razem stać mnie było chociaż na najtańsze kino studyjne, o bilecie autobusowym już nie wspominając ;______;

*******Ale za to czynnie działam w Klubie BINGO. Gramy w każdy piątek o 20-tej przy al. Solidarności 115 w budynku, w którym jeszcze całkiem niedawno mieściło się warszawskie Kino Femina. Ciężko nam bowiem... Chlip! Rozstać się... Chlip! Chlip! Z miejscem, w którym spędziliśmy... Chlip! Wybaczcie! Najlepsze lata życia!

********W wakacje się jeszcze zobaczymy, więc to trochę pic na wodę, ale jakby ktoś z Was skaleczył sobie choćby mały palec, to wiedzcie, że w pełni poczuwałbym się do odpowiedzialności za tę sytuację.